rageman.pl
Inne

Rekapitulacja roczna – 2020

Jeśli bycie martwym można stopniować, to chyba ten blog jest tego przykładem. Rok 2019 – 23 wpisy. Rok 2020 – 4 wpisy. I nawet nie to że nie chce mi się pisać, bo ostatnio uznałem nawet że reaktywacja tego bloga to jest jakiś pomysł na emeryturę. Ale zwyczajnie nie było o czym. Wszystkie okazje do pisania – koncerty, seanse kinowe – trafił szlag.

Jeszcze gorzej kiedy przychodzi do corocznej rekapitulacji. Odwlekałem tym razem jak mogłem, licząc że może coś się wydarzy w pierwszych tygodniach 2021 roku, co pozwoli mi przychylniej spojrzeć na tamte 12 miesięcy. Nope, nic takiego się nie stało, a co gorsza mam wrażenie że 2021 będzie gorszą wersją 2020 roku, bo pozbawioną elementu nowości.

 

ROZCZAROWANIE ROKU

Napisać że 2020 był chujowy to jak nic nie napisać. Cytując więc klasyka: on błaszczył pytonga. Chapał dzidę. Siorbał pisiora. W skali makro, jak i mikro. Jakby pandemii było mało, to jeszcze dokładka z pożarów i BLMów, a i u nas strajków czy wszystkiego tego, co ma wspólny mianownik w postaci PiS. O skali mikro rozpisywać się nie będę – bo nawet jeśli byłem szczęśliwcem którego zawodowo pandemia nie dotknęła (aż tak), to wjazd na psyche i plany życiowe był na, że tak powiem, najpełniejszej kurwie. Czy będą o tym roku uczyć w przyszłych stuleciach? Czy skoro taka pandemia była możliwa w dzisiejszych czasach, to i wojna światowa jest możliwa? I co najważniejsze – czy wrócimy do normalności sprzed pandemii czy będzie to normalność 2.0? I czy nie lepiej przejść już do kolejnego akapitu zamiast zadawać takie durne pytania?

 

WYDARZENIE ROKU

Jak zapewne kilka osób czytających tego bloga i/lub znających mnie zauważyło, całkiem lubię Davida Lyncha. Więc założenie przez niego kanału na YouTubie musiałoby się znaleźć w takim podsumowaniu, nawet i w bardziej atrakcyjnym pod względem wydarzeń roku. I jasne, świetne jest to, że twórca filmowy ma platformę na której może umieszczać krótkie metraże, archiwalne materiały, impresje real time – wszystko to, czego nie zobaczycie w kinie a i na DVD trudno znaleźć. Miłe, kiedy artysta dostrzega że czasy się zmieniły i kontakt z fanami, pokazywanie im życia prywatnego nie musi zaszkodzić jego wizerunkowi (o ile oczywiście robi to z głową), a wręcz przeciwnie. Tyle tylko, że David Lynch Theater to znacznie, znacznie więcej.

Niby mowa o patencie już sprawdzonym – bo już 20 lat temu, kiedy wszyscy jarali się możliwościami jakie dają strony internetowe (ah, poczułem bryzę starości wprost z komputera pisząc te słowa), w tym i David, wśród miliona rzeczy jakie zamieszczał na swym ŁEBSAJCIE znalazły się i prognozy pogody. Okołominutowe filmiki, w których David witał się z widzami, lukał za okno i mówił jaka będzie dziś pogoda (w jego Los Angeles, rzecz jasna). Jeśli ktoś zna Lyncha, jego ekspresję i życiowy attitude to wie, że człowiek nawet lekturę książki telefonicznej wzniósłby na wyższy poziom. Nikt mu jednak nie miał za złe kiedy zakończył ten cykl – no wiadomo, artysta zapracowany, ale też coraz starszy, więc zapewne i coraz mocniej ceniący swój wolny czas.

Przychodzi jednak Lockdown 2020 i internet obiega wieść o kanale YT Davida Lyncha. A tam – reaktywacja prognoz pogody! Zaczęli to oglądać wszyscy, nawet niefani – wszak wiadomo, stary człowiek zapowiadający pogodę brzmi jak coś co trzeba zobaczyć, zwłaszcza jeśli tym człowiekiem jest jeden z największych reżyserów w historii. I na początku zabawę mieli wszyscy. Tyle że w pewnym momencie, zupełnie naturalnie, przerodziło się w to coś innego. Znacznie piękniejszego. Społeczność.

Wejdźcie na dowolny filmik z prognozą i poczytajcie komentarze. Ile tam jest DOBRA. Życzliwości. Ludzi, dla których ten codzienny rytuał wprowadza namiastkę stabilizacji w tych nienormalnych czasach. Ludzi, dla których ten cykl stał się jednym z podstawowych narzędzi do walki ze swoją depresją. A także ludzi, którzy w pogodzie – czy też rozmowach o pogodzie – znaleźli coś zwyczajnie pięknego, przypominającego o podstawowych, najważniejszych wartościach w życiu. Ja sam zacząłem dzięki temu doceniać to co za oknem (nawet jeśli przesiąknięte polskim smogiem) i to, kiedy widać BLUE SKIES AND GOLDEN SUNSHINE, a poruszanie tematu pogody przestało mi się jawić desperackim small talkiem. I zapewne znajdą się tacy co wyśmieją, ktoś inny rzygnie tęczą, jeszcze ktoś inny znajdzie wodę na swój młyn cynizmu. Co ciekawe jednak, nikt taki nie trafia na ten kanał – 200K subskrybentów to relatywnie mało jak na dzisiejsze standardy youtuberów. Ale to tylko pokazuje, że mało kto przypadkowy zajmuje się twórczością Lyncha, a jeszcze mniej jest takich, którzy fascynują się nim jako człowiekiem.

But wait, there is more!

Bo choć każdy docenia CODZIENNE prognozy pogody, to każdy subskrybent kanału czuł że fajnie jakby znalazł się tam jeszcze jakiś KONTENT. No i pojawił się cykl „Nad czym dziś pracuje David Lynch”. I okazało się, że w czasie pandemii głównie siedzi w warsztacie. I majsterkuje. I wśród jego prac w pewnym momencie znalazł się… słój. I po dniach rozkminy dotyczącej przeznaczenia tegoż zakończyła się ona startem nowego cyklu. Cyklu, w którym – z tegoż słoika – David Lynch losuję liczbę. Od 1 do 10. Dzień w dzień. I jeśli nie wierzysz, ile czystej ekscytacji może przynosić śledzenie starego człowieka losującego ze słoika liczby to zajrzyj po prostu na kanał, poświęć 15 minut chociaż. Albo doznasz oświecenia albo dalej żyj w swoim mroku, pozbawionego radości z małych rzeczy.

 

FILM SERIAL ROKU

Co można robić w czasie lockdownu? Ponieważ muzyki mam już wystarczająco dużo w pracy i 2020 rok był tym rokiem, kiedy ostateczne mnie ona znudziła, trzeba było zagospodarować ten nadmiar wolnego czasu w domu inaczej. Na powrót odkryłem radość z GRANIA W GRY, zwłaszcza stare przygodówki. Mam jednak świadomość, że jest to wyższy lewel hipsterstwa/zboczenia, do który ciężko będzie kogoś namówić (ale jakby co próbuję regularnie na swoim insta). Pomówmy więc o serialach. A konkretnie animowanych. O tej zajawce pisałem już rok temu i zdania nie zmieniam – jest to fantastycznie rozwijająca się gałąź, pozwalająca twórcom na znacznie więcej niż w przypadku dzieł na taśmie filmowej. I z czego skwapliwie korzystają. Oczywiście wychodzi to różnie – czasem żenująco słabo, jak „Hoops”, kolejny netflixowy „taśmiak”. Są też animowane produkcje komediowe, które niby sprawdzają się jako reset, ale też trudno jest je podawać jako przykład wyższości nad „normalnymi” serialami („Paradise PD”). That said, przedstawiam Wam KRÓTKI przeglad tego co mnie zachwyciło mniej lub bardziej w minionym roku.

„Midnight Gospel” – cudownie psychodeliczna animacja, będąca de facto załącznikiem do podcastowych rozmów o życiu; momentami pretensjonalnie (powiedziałem ja, heh), ale i tak experyment warty docenienia, czekam na drugi sezon

„Tuca & Bertie” – najkrócej rzecz ujmując: Siostra Bojack Horsemana (o którym za chwilę). Porównanie o tyle sensowne, bo od tych samych twórców. Siostra zdecydowanie mniej depresyjna, ale podobnie mega kumata. Netflix się nie poznał na jej uroku, ale ponoć Adult Swim przejął opiekę, zatem czekam na drugi sezon.

„Big Mouth” – ah, dojrzewanie. Wiem że ta produkcja ma swoich wrogów, ale ja uwielbiam – bo kolekcja postaci, bo humor skuteczny, nawet jeśli mało wyrafinowany, bo przede wszystkim TAK PANOWIE I PANIE BYŁO, NIE WYPIERAJCIE SIĘ. Czwarty sezon trochę słabszy, ale wierzę że chwilowa zadyszka.

„Disenchantment” – tu trudno mówić o pokrewieństwie z „Simpsonami” czy „Futuramą”, nawet jeśli rodzic ten sam. Największym problemem serialu jest jego niezdecydowanie – czy chce być familijnym kinem czy animacją dla dorosłego widza. W dwóch pierwszych sezonach poczytywałem ten dysonans poznawczy za zaletę, przy trzecim sezonie zaczął męczyć. Niemniej uwielbiam tę charakterystyczną kreskę, a to jak się te wątki przeplatają to mistrzostwo świata. Także polecam

„Egzorcysta” – produkcja Bartosza Walaszka. I wszystko jasne. Do resetu przy Harnasiu idealne. Moim zdaniem miło że po odkupieniu praw do produkcji od Showmaxa Netflix dał produkcji nowe życie.

„Final Space” – pierwszy sezon – cudo. Niby rzecz z gatunku komedii science fiction, ale momentami tak zaskakująco napisane, że odczuwałem mix wzruszenia i dezorientacji. A tu nagle przyszedł sezon drugi, z humorem rodem z produkcji Adam Sandlera i już na trzeci sezon nie czekam aż tak jak bym chciał.

„Sześć Pięsci” – meksykańskie anime z udziałem Dannyego Trejo? Dawac mi już drugi sezon!

„Hilda” – gdyby muzyka Sigur Ros i Radiohead była serialem animowanym, byłaby właśnie „Hildą”. Komu się ten serial nie podoba ten ma skałę zamiast serca. Drugi sezon pojawił się w grudniu, mam nadzieję że kolejny jeszcze w tym roku.

„Neo Yokio” – a gdyby muzyka Vampire Weekend była mangą, byłaby wlaśnie „Neo Yokio”. Zresztą lider VW, Ezra Koenig, odpowiadał za scenariusz. I cóz, fajnie się to ogląda przez jeden sezon (+ odcinek specjalny), ale nie mam jakoś wielkiej potrzeby wiedzieć co dalej stało się z bohaterami

„Closer” – synopsis: 30latki mają dziecko i przeświadczenie o tym dalej są młodzi, mimo że ich wizja idealnego wieczoru jest bliższa łóżku niż parkietowi w klubie. No spoko, zobaczymy co dalej, ale nie abym specjalnie czekał.

„F Is For Family” – ja wiem że taki właśnie był cel twórców, ale ja tak bardzo nie znoszę tej głównej postaci, że odbiera mi ona chęć obcowania z tym serialem, a co dopiero przyjemność. Zatem nawet się cieszę, że przyszły sezon będzie ostatnim.

„Super Drags” – cudownie przegięty brazylijski serial o drag queens. Woda na młyn prawicowych wrogów Netflixa. Ale obiektywnie – myślę że jeden sezon wystarczył.

„Rick & Morty” – druga połowa która wjechała w zeszłym roku podtrzymała status quo serialu, czyli – świetny serial, tylko fanbase czasem dziwny

„BoJack Horseman” – ostatni sezon… nie wiem, NIE WIEM wciąż co o nim myśleć. Cytując klasyka: „niby człowiek wiedzioł, a jednak się łudził”. Nie powiem że ten finał mnie zaskoczył – był absolutnie logiczny. A jednak myśląc o nim czuję smutek i niespełnienie. Nie lubię tego mixu.

AND THE WINNER IS

„Archer” – myślałem że nic nie przebije Dale’a Coopera w kategorii „fikcyjny agent”. Aż tu nagle pojawił się on, cały na czarno. Niby nic wybitnie oryginalnego, znamy to z kinematografii czy życia – postać wybitnie nieznośna, a jednocześnie mająca tyle uroku osobistego, że nie tylko wybaczasz jej wszystko, ale stajesz po jej stronie, nawet jeśli najczęściej jest to moralnie zła strona. Oczywiście nie ma co przesadzać, Archer to nie „Dexter” czy inny psychol. Ot, rozpieszczony egocentryk, świadomy swoich atutów i bezlitośnie je wykorzystujący przeciwko innym. Tyle że takie osoby trzeba dawkować – czy to w życiu czy na ekranie. A tu wjechał już jedenasty sezon (czemu ja dopiero teraz odkryłem ten serial!) i mam nadzieję że nie ostatni. Nawet jeśli oczekiwałem więcej po nim, to potwierdził wszystkie dotychczasowe atuty – że to jeden z najlepiej napisanych (dialogi!!!), najśmieszniejszych, najładniejszych seriali animowanych ever. I chyba też niestety najbardziej niedocenionych

 

ZIOMKI ROKU

Wreszcie! Wprawdzie zespół Michała Miegonia istnieje już z 15 lat i nieraz miał okazję tu się pojawić, to zawsze jakaś inna produkcja ich wyprzedzała. Nie tym razem! I podkreślam, że nie jest to wyróżnienie za zasługi czy wynikające ze słabości konkurencji. „Nordowi Mol” to ukorowanie drogi – nie tylko historii Kiev Office, których miałem przyjemność poznać jeszcze na początku ich drogi, ale i całej artystycznej ścieżki Gorana, człowieka tysiąca projektów. Jeśli ktoś na Kaszubach zasługuje na miano Człowieka Renesansu, to własnie on.

Honorable mention: Lasy „Shroom”, Trupa Trupa „I’ll Find”; tak na dobrą sprawę powinno być tego więcej, ale jak wspominałem – odechciało mi się słuchać muzyki. Jak poczuję nawrót, to sprawdzam w pierwszej kolejności: Stefan Wesołowski, Gentleman!, Jad, Hetane,

 

SINGIEL ROKU

Well, nieczęsto się zdarza że piszą o Tobie piosenkę, nie wypada mi tego nie docenić.

 

PLALISTA ROKU

Tak mi brzmiał 2020 rok. Nowości, powroty z zaświatów. Utwory obiektywnie dobre, ale też i też takie, których wiem że nie wybronię. Wspólny mianownik – repeat value. Oraz to, że ciężko mi byłoby wyobrazić sobie tamten rok bez nich. Więc jeśli kiedyś będę chciał mile powspominać tamten rok, to odpalę tę playlistę. Ale najlepiej zapomnijmy o tamtym roku.

 

Leave a Reply