Annette
reżyseria: Leos Carax
Film obejrzałem. W kinie. Właściwie to obejrzałem go już grubo ponad miesiąc temu, ale jak już wspomniałem w poprzedniej notce, za bardzo czasu nie było aby tu o tym napisać. Inna sprawa, że miesiąc temu totalnie nie wiedziałbym co o tym filmie napisać, a teraz nie wiem już trochę mniej.
To nie jest tak, że „Annette” jest złym filmem. A na pewno nie w takim znaczeniu, w jakim są złe filmy Patryka Vegi, robione naprędce na kolanie. Nie jest też „Annette” filmem złym jako pozbawionym ambicji, zachowawczym, jak kolejne części „Szybkich i Wściekłych” czy komedie romantyczne produkcji TVNu. Zdecydowanie można o „Annette” mówić jako o dziele sztuki, którego stworzenie wymagało podjęcia nieoczywistych, ryzykownych decyzji artystycznych.
No i właśnie, tu chyba tkwi sedno problemu. „Annette’ jawi mi się (wciąż) jako festiwal nietrafionych decyzji artystycznych. Oglądając film raz po raz zachodziłem w głowę „dlaczego tak?”. „Czy nie dało się tego inaczej zainscenizować/pokazać/zagrać/ująć/poprowadzić/etc.?”
Zwłaszcza że sama idea filmu, nawet na etapie trailera, jawiła się dość interesującą – a przynajmniej na tyle, by zdecydować się na powrót do kina po prawie roku. Otóż najmniej spoilująco rzecz ujmując, „Anette” to historia miłosna ukazana w pastiszowo-musicalowej formie. OK, znalazłyby się bardziej oryginalne synopsisy, ale naprawdę nawet w trailerze wygląda to ciekawie. Być może dlatego, że zajawione są same składowe filmu. Jak muzyka zespołu Sparks, którzy też co ciekawe napisali scenariusz. Jak zdjęcia – bo fakt, film jest ładny. No i przede wszystkim, sami aktorzy.
I tu kilka słów więcej. „Annette” to, rzecz by można, półtora popisu aktorskiego. Połówka należy do Marion Cotillard, która aktorką jest wspaniałą, tyle że nie dano jej tego ukazać na tyle, na ile zasługuje. Film to przede wszystkim popis Adama Drivera, będący zresztą także współproducentem filmu. Przy czym „popis” chyba najlepiej oddaje jego wkład aktorski w finalny efekt. Don’t get me wrong – ja nie wątpię, że Adam (bardzo) dobrym aktorem jest (nawet jeśli nie miałem szczęścia trafić na film który by to potwierdzał w pełni). Faktem jest jednak, że to on, niosąc „Annette” na barkach swą grą, w głównej mierze wywołuje efekt zażenowania, zniecierpliwienia, irytacji, a momentami nawet, mówiąc dosłownie, zwyczajnego wkurwienia. Trochę jakby chciał zagrać oscarową rolę w najgorszy możliwy sposób. Być może nie znając filmu uznacie ten wywód za bełkot, ale widzę po recenzjach, że nie jestem w tych odczuciach odosobniony, więc wierzę, że przyznacie mi rację.
Ale no właśnie – czy warto obejrzeć „Annette”? Paradoksalnie tak. Bo nie mam też wątpliwości, że ten film zostanie zapamiętany, nawet jeśli niekoniecznie z chwalebnych powodów. Nie wykluczam, że percepcja tego tworu odmieni się także mi o 180 stopni. Na ten moment jednak polecam go przede wszystkim tym, którzy chcą zrozumieć (i odczuć) co znaczy cringe. Bo „Annette” to jedna z najbardziej krindżowych rzeczy, z jaką miałem ostatnio styczność.
najlepszy moment: przyznam uczciwie, że ostatnia scena jest najlepszą, mającą potencjał by zracjonalizować wszystko to co wydarzyło się wcześniej – i częściowo tak się też wydarzyło; tyle że na tym etapie ja już wbijałem sobie nachosy w oczy z rozpaczy
ocena: pomidor
