David Gilmour – Live at the Circus Maximus, Rome
rok: 2025
reżyseria: Gavin Elder
Parafrazując klasyka – człowiek może wyjść z Pink Floyd, ale Pink Floyd z człowieka nigdy. Chociaż panowie Gilmour i Waters mają się nawzajem głęboko tam gdzie słońce nie dochodzi, to trudno nie odnieść wrażenia że odbywa się między nimi rywalizacja kto zagra w dziwniejszym lub bardziej spektakularnym miejscu. I wygląda na to (co mnie osobiście bardzo cieszy jako #teamGilmour) że to gitarzysta wygrywa tę potyczkę – wprawdzie już koncert w najpiękniejszym na świecie Gdańsku zapewnił mu zwycięstwo, ale omawiany dziś film koncertowy tylko przypięczętowywuje ten sukces.
Wygląda na to, że to historia Włoch najbardziej przemawia do wyobraźni Pana Gilmoura, bo po legendarnych Pompejach właśnie w tym kraju, a konkretnie w rzymskim Circus Maximus, postanowił zarejestrować swój występ live. Podobnie jak „Live at Pompeii” z 2017 roku, tak i teraz okazją na kolejny, inny-niż-wszystke-na-trasie koncert był nowy album. Wprawdzie w moim mniemaniu „Luck and Strange” nie jest tak udany jak jego poprzednik, ale powiedzmy sobie wprost – na tym etapie kariery (i życia) legendy Pink Floyd wypada się przede wszystkim cieszyć, że wciąż mu się chce, nie brukając swojego statusu rozmienianiem się na drobne i żerując na przeszłych dokonaniach. Tak, słyszę już te głosy fanów Watersa – „hej, toć Gilmour też gra Pink Floydów na koncertach!”. Owszem. Ale odważę się powiedzieć, że różnica między Gilmourem i Watersem jest jak między TVN i TVP za czasów PiSu. Obie stacje robią (robiły) propagandę, tyle że TVN robił ją subtelniej. Podobnie jest z Gilmourem – to nie są występy a’la „zagram teraz cały Dark Side of The Moon bo jest kolejna okrągła rocznica”, ale faktem jest że na ponad 20 utworów pokazanych na filmie połowa to klasyki PF. Z drugiej strony – ma wstydzić się TAKICH piosenek, w których powstaniu odegrał przecież kluczową rolę? A biorąc pod uwagę wspomniany wyżej fakt, że nie ma już żadnych szans na zobaczenie Pink Floyd na żywo, w jakiejkolwiek inkarnacji, to solowy koncert Gilmoura to jedyna okazja by usłyszeć te klasyczne utwory z TYM głosem i TĄ gitarą. Radujmy się zatem.
Dla niepoznaki koncert zaczęły utwory z solowych albumów. Refleksja pierwsza – spodobały mi się te nowe piosenki. Co jest niemałym paradoksem, biorąc pod uwagę ich kameralność, intymność wręcz, która wydawała się skazywać je na porażkę w takich plenerowych warunkach (nie mówiąc już nawet o IMAXowym kontekście). Refleksja druga – fajnie że zagrane zostały też piosenki „Rattle That Lock”, ale jakże szkoda że pominięty utwór tytułowy. Ktoś powie – nie pasowałby do nastroju całości, ja powiem że wspaniale ożywiłby całość. Refleksja trzecia – halo, a gdzie utwory z poprzednich trzech albumów? Ok, s/t i „About Face” to są rzeczy z totalne innej epoki, także stylistycznej, ale już brak czegokolwiek z „On an Island” – albumu którym Gilmour powrócił do solowej działalności po dekadach przerwy – jest zastanawiający.
Ale dobra, koniec rozkminy, bo właśnie wjeżdża „Breathe (In the Air)”. I brzmi pięknie, więc od razu też leci „Time” i „Breathe (Reprise)”. Choć dominuje repertuar z klasycznego okresu PF, to nie zabrakło rzeczy nagranych już bez Watersa – jak oczywista oczywistość w postaci „High Hopes” (wzrusza za każdym kurwa razem) czy mniej oczywisty „Sorrow” z „A Momentary Lapse of Reason” (jak wspaniale byłoby gdyby kiedyś Gilmour sobie przypomniał że miał hit w postaci „Learning to Fly”…). Wydawać się mogło, że o selekcji utworów PF na ten występ decydowała ich kameralność, pasująca do nowego solowego repertuaru. Dlatego takie „Echoes” by tutaj nie przeszło… ale już takie „Shine On You Crazy Diamond”, czemu nie? Skupmy się jednak na tym co usłyszeliśmy – dla mnie zdecydowanie najpiękniejszym momentem była interpretacja „The Great Gig in the Sky”. Zamiast solowego popisu z krzykiem rozdzierającym serce – wyciszone wielogłosy żeńskiej części koncertowego zespołu Gilmoura, tj. sióstr Webb (swego czasu „stacjonujące” u innej muzycznej legendy, Leonarda Cohena) oraz Romany Gilmour, coraz częściej pojawiającej się w muzycznym uniwersum ojca. Akurat w „The Great Gig…” warstwa instrumentalna sprowadzona była do slide guitar, ale warto przy okazji wspomnieć, że aktualny skład koncertowy uzupełniają legenda drugiego planu, Greg Phillinganes oraz Guy Pratt, towarzyszący Gilmourowi chyba dłużej niż jakikolwiek inny muzyk.
No właśnie. Nie wiem na ile to co 17-ego października wyląduje na nośnikach fizycznych będzie tożsame z tym co można było zobaczyć w kinie, ale przed samym materiałem koncertowym pokazano przygotowania do występu, przeplatane wypowiedziami Gilmoura z offu. I pada wśród nich zdanie, które być może oburzy fanów PF – mianowicie takie, że dla Brytyjczyka towarzyszący mu aktualnie muzycy to najlepszy zespół, w jakim kiedykolwiek grał. Ale muszę przyznać, że widząc tę radość wspólnego obcowania z sobą, pełne czułości i szacunku, jestem w stanie zrozumieć ten statement. I że miliardy miliardów razy bardziej woli grać i przebywać z tymi ludźmi, nawet jeśli nie mają tak renomowanych nazwisk i powszechnego uwielbienia, niż użerać się z burakiem Watersem, choćby nie wiadomo ile mu zawdzięczał. Swoją drogą, z racji pracy takiej a nie innej miałem przyjemność uczestniczyć w światowej premierze filmu w Londynie, gdzie odbył się Q&A z samym jego bohaterem. To że jest to przesympatyczny, totalnie wyluzowany facet podejrzewałem już wcześniej, natomiast szczególnie mnie ujął komentarzem dotyczącym Ozzyego Osbournea’. Pełnym szacunku, choć bez udawania że znał muzyka czy jego twórczość. Jakże to odmienna odpowiedź od tego szamba, które wylało się niedawno z ust Watersa…
najlepszy moment: THE GREAT GIG IN THE SKY
ocena: 8,25/10