rageman.pl
Muzyka

Impact Festival 2019

gdzie: Tauron Arena, Kraków

kto: Tool, Alice In Chains

To fajnie, że mamy wreszcie w Polsce festiwal dla fanów mocniejszej od Kings Of Leon muzyki, a jednocześnie nie będącej metalem dla kuców. Problem w tym, że nikt nie wie jak on się nazywa. Bo choć była to kolejna już edycja Impact Festival, to chyba jeszcze nie dochował się on fanów tak jak Open’er czy Off, gdzie ludzie kupują z wyprzedzeniem karnet na przyszły rok, niezależnie kto miałby wystąpić. W tym roku nie było inaczej – ludzie przyjechali po prostu na Toola, którego poprzedzały zajebiste supporty.

Niestety na pierwszy z nich – Black Rebel Motorcycle Club – się spóźniłem i nic z ich występu nie widziałem. Podobnie jak ominęły mnie wydarzenia z tzw. Małej Sceny. Dlatego naszą relację zaczniemy od razu od pierwszej z dwóch gwiazd wieczoru.

Alice In Chains. Nie ukrywam, że bardziej chciałem odhaczyć ten koncert aniżeli w pełni w nim uczestniczyć. Absolutnie nie odmawiam racji bytu nowemu wcieleniu tej kapeli – zwłaszcza że ta wersja 2.0 trwa już chyba dłużej niż „klasyczny skład”, a i dorobek fonograficzny pod względem ilościowym też porównywalny. Mam świadomość, że powstałe z nowym wokalistą albumy mają swoich fanów – co nie dziwi, bo to rzetelne pozycje. No właśnie – rzetelne. Ale już nie magiczne, tak jak albumy z Laynem Staley’em. William DuVall potrafi śpiewać, ale zarówno na albumach, jak i też na żywo trudno mi się oprzeć wrażeniu, że to jego wokal dopełnia harmonie tworzone przez Jerry’ego Cantrella, nie odwrotnie. I wspaniale było usłyszeć te wszystkie utwory ze złotych czasów – rozpoczynający całość „Them Bones”, „Dam That River, „No Excuses”, „Man In The Box”, „Down In The Hole”, „Again”… Można by jeszcze wymieniać, bo de facto piosenki zdominowały one setlistę. Ale kiedy poleciały te największe z największych – jak „Would?” czy „Rooster” – brak Staley’a uderzył z całą mocą. I chociaż tuż po zakończeniu koncertu byłem wręcz oburzony brakiem „Angry Chair” czy „Nutshell”, teraz myślę że brak tych numerów był zrozumiały. Tak silnie powiązane są one z Layne’m – zwłaszcza tekstowo – że ruszanie ich w takich okolicznościach byłoby profanacją. Cieszę się że zobaczyłem w końcu czołowych reprezentantów stylu na którym się wychowałem, ale wiem też że było to swoiste „pożegnanie z bajką” i już więcej się na koncercie nie spotkamy.

Nie wiem czy inni zebrani w Tauronie mieli podobne przemyślenia do moich, ale na moje oko wielkiego poruszenia Alicja nie wywołała i po zakończeniu godzinnego setu wszyscy już wyczekiwali Tego Zespołu. Powracającego do Polski po 12 latach (gdzieś w archiwach bloga powinna być nawet relacja), w przeddzień wydania pierwszego od 2006 albumu. Zespołu, będącego w sferze muzycznej tym czym David Lynch (ze szczególnym wskazaniem na „Twin Peaks” rzecz jasna) w sferze wizualnej. I choć przez te wszystkie lata w obu przypadkach nauczyłem się obiektywnie oceniać dokonania, dostrzegać lepsze i gorsze aspekty, to i tak będę tę relację pisał z pozycji kolan.

Zwłaszcza że z tego co widzę po otoczeniu – tak towarzyskim, jak i medialnym – jest to pozycja w pełni zrozumiała. Oczywiście znów jakaś część ludzi narzeka na nagłośnienie – cóż, mimo że mamy 2019 rok, dobrze brzmiące koncerty w Polsce wciąż jawią się miłą niespodzianką. Tyle że na ile to wina zespołu? Wszystkie pozostałe aspekty – warstwa wykonawcza, „energetyczna” (chyba że ktoś spodziewał się pogawędek i kurtuazji – well, czy aby na pewno wiedział na jaki koncert idzie?), no i last but not least – wizualna, była z najwyższej półki. Inna sprawa, że ktokolwiek był na wcześniejszych koncertach Toola wie, że nic w tym zaskakującego. Wiadomo było, że zapewne zdarzą się jakieś modyfikacje, rozszerzenia (chyba najwyraźniejsze podczas „Stinkfist”), ale o improwizacjach mowy być nie mogło. Wiadomo było, że wizualizacje w przypadku utworów singlowych będą opierały się na powstałych do nich teledyskach – to co mogło zaskoczyć to dość silna rola świateł, a raczej laserów. Wiadomo było też, że Adam Jones i Danny Carey będą totalnie skupieni na swojej robocie, podobnie jak Maynard, tradycyjnie ulokowany na podeście w głębi sceny – z tej konwencji wyłamywał się Justin, u którego można było dostrzec nawet coś na kształt uśmiechu.

Zatem czy jeśli ktoś był na koncercie choćby w 2007 roku tracił wiele nie będąc we wtorek w Tauronie? OCZYWIŚCIE ŻE TAK, PRZECIEŻ TO KURWA TOOL. A teraz siląc się na wspomniany wcześniej obiektywizm – jeśli raz zjesz danie przy którym odlecą Ci wszystkie kubeczki smakowe, to raczej nikt nie poddaje w wątpliwość sens jedzenia drugi raz dokładnie tego samego dania po latach przerwy? Zwłaszcza że patrzę na setlisty poprzednich czterech polskich koncertów (thank God for setlist.fm) i widzę, że nigdy wcześniej nie grali u nas „The Pot” czy – tu największe zaskoczenie – „Intolerance” (jedyny niestety numer z czasów przed „Aenimą”). Co najważniejsze jednak, także u nas zagrali ogrywane na aktualnej trasie dwa nowe utwory – „Descending” i „Inviscible” (ten drugi przedłużony w coś, co nazwano „CCTrip”). Oba należące do kategorii „spokojniejszych”, najbliższych chyba „Lateralusowi” a może nawet i mających coś z post-rocka. I skłamałbym mówiąc, że urywają mi one jakiekolwiek członki, ale wolę poczekać na kontekst całego albumu.

Czwarty mój koncert tego zespołu – żadnego innego zagranicznego zespołu nie widziałem tyle razy. Domyślam się że dla kogoś to może być śmieszna ilość, ale też i ja nie jestem fanatykiem chodzenia na koncerty, nie mam aż tak silnej potrzeby oglądać zespół za każdym razem kiedy zawita do Polski. Ten zespół jest wyjątkiem – bo nawet jeśli każda kolejna konfrontacja koncertowa nie telepie tak emocjonalnie jak poprzednie (może i lepiej – mając takie nadciśnienie zwyczajnie bym nie przeżył takiej licealnej gorączki, jaką był chociażby koncert w 2001 roku), to będę się stawiał na ich koncerty aż do usranej śmierci, mojej bądź ich. To breathe, to feel, to know I’m alive.

 

najlepszy moment: Aenema

ocena: –

Leave a Reply