rageman.pl
Film

Rocketman

rok: 2019

reżyseria: Dexter Fletcher

 

Dziwna sprawa. Przez te wszystkie lata było na tym blogu o wielu legendach muzycznej popkultury, nawet jeśli temat był ledwo napoczęty. A o Eltonie Johnie ani razu. A to nie jest tak, że temat jest mi zupełnie obcy – kilka jego utworów to mój absolutny top życiowy, a muzyka z „Króla Lwa” to soundtrack mego dzieciństwa który do dzisiaj miło rezonuje w sercu. Może przerażał mnie ogrom jego dyskografii? W każdym razie jest co nadrabiać, a „Rocketman” znacznie wywindował zagadnienie na mojej to-do liście.

Muzyczne biografie to temat absolutnie nie nowy, a jednak w ostatnim czasie trend nabrał na sile, oczywiście z powodu wiadomego filmu o Queen. Film, który przez swój sukces komercyjny zaczął dla wielu stanowić punkt odniesienia, co może dość niekorzystnie wpływać na percepcję „Rocketman”. Niekorzystnie i niesłusznie, bo i owszem, w obu przypadkach głównymi bohaterami są homoseksualne gwiazdy rocka, które z życia jakie dała im sława czerpały w sposób maksymalny. Ale na tym podobieństwa tych historii się kończą. No a poza tym to wciąż nie widziałem „Bohemian Rhapsody”, więc tym bardziej możemy odpuścić dalsze porównania.

Nie chcę też porównywać tego co pokazano w „Rocketmanie” z rzeczywistą historią autora „Candle In The Wind”, bo zwyczajnie mam znikomą wiedzę na ten temat. Tutaj jednak w sukurs przychodzą sami autorzy filmu, którzy reklamują film hasłem „Based on true fantasy”. I rzeczywiście z każdego kadru filmu bije pewne jego odrealnienie, dzięki czemu zastanawianie się, czy rzeczywiście „Your Song” powstało przy śniadaniu (chociaż z tego co czytałem to akurat jest prawda) ma taki sens jak dywagowanie, czy na swoim pierwszym amerykańskim koncercie Elton faktycznie lewitował tak jak zostało to tu pokazane. A nawet jeśli pewne rzeczy zostały mniej lub bardziej wyolbrzymione bądź przejaskrawione, to minusy te nie powinny przesłaniać najistotniejszych z plusów – czyli tego, że mamy do czynienia z ludźmi z krwi i kości, a nie postaciami z notki z Wikipedii.

Ponoć Elton John od dwóch dekad zabiegał o powstanie tego filmu. Ktoś powie że to przejaw narcyzmu, film jednak totalnie oddelegowuje ten zarzut – narcyz zdecydowanie nie pokazywałby siebie w takim świetle, w jakim Elton jest tu przedstawiony. Momentami ten człowiek od piosenek dla Księżnej Diany i Simby jest tutaj zwyczajnie antypatyczny. Tracący kontakt z rzeczywistością, nielojalny, pyszny, hedonistyczny (przy okazji – całe szczęście że film koniec końców nie powstał pod kuratelą studia Disney’a, bo inaczej pewnie moglibyśmy zapomnieć o takiej mnogości homoseksualnych wtrętów, włącznie z dosyć odważną sceną seksu). Film zaczyna się od wejścia EJ na spotkanie anonimowych alkoholików, ale nawet i bez tej sceny narracja filmu kierowałaby w stronę terapeutycznego rozrachunku z samym sobą aniżeli wystawianiem sobie laurki. Być może tu tkwi bolączka filmów biograficznych, bazującej na zasadzie „o zmarłych mówi się dobrze albo wcale”. Problem ten nie dotknął „Rocketmana”, którego główny producent – Elton John – wolał jeszcze za swojego życia uczciwie pokazać swoją historię. Bo o wiele ważniejsze od faktografii są tu emocje – bez podkręcania ich w hollywoodzki sposób.

Chcę wierzyć też, że temu filmowi przeznaczony był tak długi czas powstawania, bo dzięki temu główna rola (do której przymierzani byli m.in. Justin Timberlake czy też Tom Hardy) trafiła do Tarona Egertona, dotychczas znanego głównie z filmowej franczyzy „Kingsman”. Napis na plakacie nie kłamie  – Taron Egerton JEST Eltonem Johnem. I całe szczęście, że wszystkie partie śpiewane wykonuje sam. Bo pomijając fakt, że śpiewać potrafi niezgorsza, to przede wszystkim podkreśla to kawał roboty, jaką ten chłopak włożył w tę kreację. Oscar? I znów wraca zagadnienie o niesłuszności porównań do „Bohemian Rhapsody”. Nie umniejszając Rami Malekowi – ale Egerton naprawdę zasłużył na tego Oscara.

Nie mam nic przeciwko muzycznym biografiom, jeśli będą one wyglądały tak jak „Rocketman” – uczciwe, oddające esencję podmiotu, nie przymilające się za wszelką cenę do widza, a jednocześnie będące kawałem dobrej rozrywki. Więcej – w dzisiejszych muzycznych czasach, kiedy coraz trudniej o charakterne gwiazdy, trzeba przypominać że kiedyś showbiz wyglądał inaczej, że poza talentem muzycznym w pakiecie niezbędna była Osobowość. Z całym szacunkiem, ale jest ktoś w stanie sobie wyobrazić taki film o Justinie Bieberze? Coldplayu? The Chainsmokers?

 

najlepszy moment: scena spotkania po latach z ojcem – minimum środków, maksimum efektów

ocena: 8,5/10

Leave a Reply