Godsmack
kto: Godsmack
Skłamałbym mówiąc, że w jakimkolwiek stopniu czekałem na ten koncert. Ale jeśli odbywa się on dzień po koncercie Toola w tym samym mieście, a ziomek mówi ci że właśnie ogarnął bilety mimo że sold out, to można to odebrać jako jakiś znak by jednak zaryzykować.
A ryzyko wynikało stąd, że po debiutanckiej płycie, która nie będę ukrywam robiła na mnie mocne wrażenie w mych numetalowych czasach, kompletnie straciłem zainteresowanie zespołem Godsmack. No, może jeszcze parę singli się załapało („I Stand Alone” było wałkowane na trójmiejskich rockotekach aż do porzygu) na początku zeszłej dekady, a potem zupełnie wypadli z mojego radaru. Ale tak jak koncert (hed) p.e. sprzed kilku miesięcy był mega miłym powrotem do korzeni, tak i tutaj liczyłem na podobne emocje. I tak też się stało, a nawet jeszcze bardziej.
Bo prawdę powiedziawszy trudno mówić o ewolucji brzmienia Godsmacka. Niby na ostatnim albumie „When Legends Rise” poszli w bardziej mainstreamowym kierunku, ale bez przesady – mogłyby utwory z tego albumu znaleźć się na debiucie z ’98 roku, i odwrotnie. Ale też nie ma co przesadzać w drugą stronę – nie jest też tak, że grają wciąż ten sam utwór. Ot, dorobili się dość charakterystycznego soundu, co chwalebne i w ich gatunku zdecydowanie nieoczywiste, w czym też upatruję przyczyny dlaczego im akurat jako jednym z nielicznych udało się przetrwać upadek numetalowej mody. A że sound ten powstał jakby żywcem zjedli naraz i Metallikę i Alice In Chains (co dotyczy szczególnie wokalu Sully’ego Erny)? Zdecydowanie mogli wybrać gorsze inspiracje.
Wstęp nam się wydłużył, co wynika też z faktu, że o samym koncercie trudno napisać elaborat. Ot, solidna rockowa sztuka, ale bez większej historii – zwłaszcza że panowie zaledwie kilka miesięcy wcześniej zaproponowali dość podobny set w Warszawie. Panowie są w dość uprzywilejowanej pozycji, że ich nowe dokonania spotykają się z dość życzliwym odbiorem i być może byłem w mniejszości tych osób, które czekały na starocie. Których się koniec końców doczekałem – „Keep Away” (z outro wziętym z „Moon Baby”), „Whatever” (miły moment z zaproszeniem na scenę fana w wieku dziecięcym) a przede wszystkim „Voodoo”. Całkiem nieźle wypadło „Awake”, a przyznam że nawet do zagranego na bis „I Stand Alone” dałem radę się przekonać.
Co jeszcze? Coverowanie „Come Together” The Beatles trąci coraz większym banałem, ale ok, może ładuje im to baterie w jakiś sposób. Trzeba uczciwie przyznać, że zakończenie tego utworu grande finale wziętym ze „Stairway To Heaven” potwierdziło solidny warsztat wykonawczy – ze szczególnym uwzględnieniem perkusisty (ale on wychudzony!!), choć Erna na gitarze też daje radę. Tym razem wokalista odpuścił sobie pojedynek perkusyjny – szkoda, to akurat chciałem zobaczyć. Kontakt z publiką – bez zarzutu, sporo pogadanek, ale też jak na mój gust sporo też wystudiowania i kurtuazji. Godzina z mocnym hakiem – starczyło, chociaż jeszcze przed samym koncertem spodziewałem się że nawet pięciu minut nie wytrzymam. Zepsuta klimatyzacja w TAKI upał mogła wręcz zabić…
najlepszy moment: subiektywnie to WHATEVER, obiektywnie chyba jednak I STAND ALONE
ocena: 7,5/10
