Imago
reżyseria: Olga Chajdas
Lubię w systemie oceniania filmów na Filmwebie to, że poza oceną stopniową możesz dodatkowo dać serduszko filmowi. Bo czasem tak jest z filmami czy każdą inną formą sztuki, że masz świadomość że dane dzieło nie jest aż takie super i doskonale widać jego wady, a mimo to trafiło w sam środek Twojej tarczy. Lub nawet trochę obok – generalnie jest to film/album/etc., który z chęcią wziąłbyś na bezludną przysłowiową wyspę czy po prostu obejrzał(a)/posłuchał(a) więcej niż jeden raz. I dziś będzie o tego typu filmie.
Bo jako swoista pocztówka „Imago” prezentuje się wspaniale i zgromadziło się tu wyjątkowo dużo aspektów dodających przysłowiowe punkty do zajebistości. Jest tu muzyka? Jest, co więcej – jest to polski postpunk, więc ode mnie dodatkowe +1000. W jakim tajmfrejmie to osadzone? W latach 80-tych, najbardziej klimatycznej dekadzie? Kapitalnie! A gdzie to się rozgrywa? W Trójmieście, najwspanialszym punkcie Polski? Jesteśmy (literalnie) w (moim) domu! A zaraz, kto tu przygrywa głównej bohaterce w zespole? Chłopaki z Magnificent Muttley, Świernalis, mój ziomek z dawnych lat Janek Rezner? A w bonusie, we wcale nie tak małej roli, najwspanialszy muziarz wśród pisarzy polskich, Łukasz Orbitowski? Rany, ile dobra tutaj!
Powiem tak zatem – za sam kontekst, w jakim osadzona jest fabuła tego filmu, dałbym 10/10 i nie ma dyskusji, można się rozejść. Widać też że za film odpowiada ktoś, kto doskonale czuje ten klimat, nie wzięto tu reżysera-wyjadacza, który po prostu odhaczył kolejnego dżoba. To bardzo autorskie kino i jak muzyka w tym filmie – hałaśliwe i napędzane w takim samym stopniu szczerością, co chaosem. Co niestety, ma też swoje wady, o których trzeba wspomnieć.
Bardzo lubię filmy tzw. „życiowej drogi”, „Forresta Gumpa” uważam za jeden z niedoścignionych wzorów w tej materii. Główna bohaterka też przeżywa sporo, nawet jeśli w znacznie węższym niż w przypadku sympatycznego Forresta zakresie terytorialnym: szpital psychiatryczny, kariera muzyczna, dwa romanse, macierzyństwo, a przecież w tle dodatkowo dzieje się polityka, z Wałęsą i Janem Pawłem II w rolach głównych. Mam jednak wrażenie, że zamiast dać każdemu z tych etapów wybrzmieć, sensownie połączyć jeden z drugim, to reżyserka porozrzucała to na taśmie filmowej niczym Pollock i połap się w tym widzu sam. Możliwe że to moja wina i zwyczajnie nie rozumiem takiego kina, ale przyznam szczerze że po kilku miesiącach od seansu zupełnie nie pamiętam jak ten film się kończy, a konkretnie – jaką drogę przebyła główna bohaterka i co jej ona dała.
No właśnie, główna bohaterka. I tu dochodzimy do drugiego problemu jaki mam z „Imago”. Otóż, bohaterów/ki filmowych dzielimy przynajmniej na kilka rodzajów. Typ pierwszy, najpopularniejszy – lubimy głównego bohatera, jest super facetem/kobietą i bardzo mu/jej kibicujemy. Typ drugi – badboy aka łobuz, tudzież łobuziara, których nie sposób nie lubić chociaż wiemy że robią źle. I jeszcze typ trzeci – bohater który nas równie wkurwia co fascynuje. Tu kluczowa jest charyzma, zresztą w przypadku dwóch pierwszych typów raczej też. No i co chyba najważniejsze – dobrze jeśli nasz odbiór postaci i to, do której z tych szufladek ją wsadzimy, jest zgodny z intencją reżysera/autora scenariusza.
Niestety Ela, spiritus movens „Imago”, jak dla mnie nie podpada pod żadną z tych kategorii. Co gorsza, mam wrażenie że reżyserka ma dla niej o wiele więcej empatii niż w rzeczywistości na to zasługuje. Jasne, można być tzw. trudnym człowiekiem, pogubionym, popełniającym błędy ale zarazem żyjącym tak, że się nie boi tych błędów popełniać. Niestety dla mnie Ela jest tym typem człowieka, którego chce się chwycić za barki i mocno wstrząsnąć. Nieodpowiedzialna, pogrywająca z uczuciami innych, rozkapryszona, niestety można by jeszcze tę listę wydłużyć. Nie chcę obwiniać za to odgrywającą tę postać Lenę Górę – tu trzeba dodać, że postać Eli jest oparta na matce Leny, więc wybór Jej jako odtwórczyni tej roli był więcej niż oczywisty (zwłaszcza że, nie ma co ukrywać, dorzuca to też kilka punktów do PR-owej atrakcyjności filmu). Nie sądzę by takie było zamierzenie, ale ze względu na aparycję Eli i kontekst w jakim jest osadzona jej historia trudno nie mieć skojarzeń z Korą Jackowską. Korą, którą jako artystkę uwielbiam, ale już jako postać niekoniecznie. I dokładnie taką mam też percepcję Eli. No ja rozumiem że artystka, że umysł za którym nikt nie nadąża, włącznie z własną osobą, no ale… no dziewczyno, ogarnij się.
Jeśli jednak zupełnie nie przeszkadza Wam chaos fabularny (lub po prostu go nie dostrzegacie) i nie macie żadnego problemu z tego typu charakterami co Ela, to „Imago” dostarczy Wam mnóóóóstwo frajdy.
najlepszy moment: podkreślę – ogląda (i słucha!) się tego wspaniale
ocena: 8/10
