Wypadek
reżyseria: Joseph Losey
Dawno temu, pisząc o „Pstrągu” Losey’a, wspominałem że w ramach retrospektywy reżyseria na Festiwalu Dwa Brzegi (mam nadzieję że w końcu skończę omawianie filmów tam obejrzanych, bo trochę długo to trwa) dane mi było obejrzeć trzy filmy tego twórcy. O „Pstrągu” napisałem że jakościowo jest gdzieś pomiędzy pozostałymi dwoma. O „Służącym” – że najlepszy. Z powyższego by więc wynikało że „Wypadek” jest tym najgorszym. Czy tak jest rzeczywiście?
Możliwe że gdybym nie zobaczył go jako ostatni z całej trójki to percepcja byłaby inna. Ale prawda jest taka, że to kolejny film o rywalizujących mężczyznach z wyższych sfer, z płcią żeńską sprowadzoną do drugorzędnej roli. Chociaż „Pstrąg” stanowił jakieś odstępstwo od reguły, bo szkoda byłoby zmarnować potencjał genialnej Isabelle Huppert. W „Służącym”, choć powstałym według tejże formuły, absolutnie wszystkie komponenty zagrały.
Tymczasem „Wypadek”, choć bynajmniej nie jest to zły film, jest po prostu trochę jakby bez charakteru, który nie tylko by go wyróżniał, ale i porywał. Mimo tego, że poza Losey’em mamy tu jeszcze dwie inne osoby które przyłożyły rękę do „Służącego” – mowa o scenarzyście Haroldzie Pinterze oraz znów grającego pierwsze skrzypce aktorskie Dirku Bogardzie.
Joseph Losey był niewątpliwie reżyserem któremu termin „wartka akcja” był obcy. Ale o ile w „Służącym” pomagało to delektować się wszystkimi aspektami filmu, tu zwyczajnie wywołuje efekt znudzenia. Idzie to w parze ze sporym zagmatwaniem. Ja bardzo lubię konstrukcyjne plot twisty, kiedy np. wszystko co obejrzeliśmy okazuje się snem głównego bohatera. Taki „Szósty zmysł” czy „Memento” mógłbym oglądać nieskończenie wiele razy, nawet jeśli efekt zaskoczenia jaki wywołują można uzyskać tylko raz. Problem w tym, że to, że wydarzenia oglądane w „Wypadku” są flashbackiem chyba żadnym plot twistem być nie powinny, a możliwe że mało kto to zarejestrował. Nie chodzi o wykładanie wszystkiego kawa na ławę, trzeba też szanować inteligencję widza. Ale „Wypadek” to nie jest żadna metafizyka i abstrakcja, a pospolity dramat, więc jednak większa czytelność byłaby wskazana.
Podkreślę jeszcze raz – to jest przyzwoity film, oparty przede wszystkim na wciąż wyczuwalnym napięciu seksualnym, którym podszyta jest kilka kapitalnych scen dialogu. Tak jak napisałem przy „Kolonii nr 5”, gdybyśmy umiejscawiali „Wypadek” na ogólnej skali, gdzie trzeba też uwzględnić potworki typu filmy Patryka Vegi, to przy „Wypadku” trzeba dać ewidentny plus. Ale w programie tegorocznych Dwóch Brzegów były o wiele, wiele silniejsze pozycje.
najlepszy moment: niech będzie że dialogi
ocena: 7/10
