rageman.pl
Muzyka

Horace Silver – It’s Got To Be Funky

rok wydania: 1993

wydawca: Columbia

 

jak wspominalismy, Branford Marsalis jest dosc lubianym muzykiem w branzy (co juz w przypadku jego brata Wyntona oczywistym nie jest), czesto zapraszanym do wspolnego grania czy chocby goscinnego udzialu. i tak w tym samym roku, w ktorym wydal „Bloomington”, zostawil swoj dzwiekowy slad na plycie ziomka z tej samej wytworni, Horace Silvera.

niemlody juz pianista, odkryty przez Stana Getz’a i wspolpracujacy chocby z Milesem Davisem (a jakze by inaczej, heh), chodzaca ikona nie tylko jazzu z Blue Note, ale i jazzy jako takiego (w koncu mowimy o kolesiu nagrywajacym od lat 50tych), po chudszym okresie zaliczyl comeback w postaci albumu „It’s Got To Be Funky”. comeback nie tylko do Columbii (jego pierwszy longplej w tym labelu od… 37 lat), ale przede wszystkim comeback jakosciowy.

w tytule albumu nie chodzi tylko o chwytliwy frazes. ta plyta naprawde buja. choc Silvera laczy z omawianym tu swego czasu Chickiem Corea wysoki stopien duchowosci, to pod wzgledem stylistycznym to dwa rozne swiaty. natchnienie Corei objawia sie w kosmicznym, new age’owym wrecz klimacie, gdy tymczasem nasz dzisiejszy bohater preferuje poruszanie zmyslow i serc za pomoca zjawiska zwanego dumnie GROOVE. groove funkujacej, perkusyjnej gry po klawiszach z taka ekspresja, jakby to juz jutro byl ten Dzien Ostateczny. zreszta wystarczy obczaic okladke albumu – czy pod czyms takim moze kryc sie smutny, elegijny album?

no wlasnie. inna sprawa, ze jak ma sie wlasny brass ensemble, to trudno o nagrywanie nastrojowych albumow. a sklad sidemanow jest przepotezny – Oscar Brashear, Bob McChesney, Bob Maize – by wymienic te bardziej znane nazwiska. i choc oczywiscie gwiazda Silvera lsni najjasniej, to kompozycje zostawiaja furtke na popis praktycznie kazdego muzyka. tak jesli chodzi o muzykow z podstawowego skladu, jak i specjalne ficzuringi – Marsalisa, Eddie Harrisa czy Red Holloway’a. nie bede jednak ukrywac, ze mnie, przyzwyczajonego do tradycyjnego grania muzyki z wokalem w roli glownej, najbardziej kupily utwory nagrane z Andy Bey’em, facetem dysponujacym niemal archetypicznym swingiem w glosie (jesli kojarzycie typa zwanego Richard Cheese to wiecie ocb) – przede wszystkim nowe opracowanie slynnego „Song to my Father”.

ultraprzyjemne granie, idealne na cieplejsze kiwetniowe dni. a w ramach ciekawostki – liner notesy do plyty napisal sam Clint Eastwood. cool, huh?

 

najlepszy moment: SONG FOR MY FATHER

ocena: 7,5/10

Leave a Reply