Branford Marsalis – Bloomington
wydawca: Columbia
no i sie okazuje, ze Branford moze zagrac wszystko. interpretacje mistrzow muzyki klasycznej byly? byly. hold dla bluesa omawialismy? omawialismy. to moze czas na jakis tysiacprocentowy jazz? czemu by nie.
bo inaczej nie da sie okreslic „Bloomingtona”. pisalismy wczoraj, ze Hurst i Watts to idealni kompani dla Marsalisa i na tej koncertowce to slychac. 76minutowa magma improwizacji, gdzie podzial na indeksy to wlasciwie nieporozumienie – rowniez biorac pod uwage fakt, ze motywy glowne danych kompozycji (autorskich glownie, choc jest cudny wyjatek w postaci „Friday The 13th” Monka) sa zaledwie lizniete.
co wlasciwie mozna wiecej powiedziec? ze energia na granicy szalenstwa (a nie, ta granica zostala jednak przekroczona przy kazdym uderzeniu perkusji – MASAKRA)? ze wykonanie na poziomie profesorskim? to oczywiste przeciez. warto dodac, ze plyta zaskakuje takze nietypowa (jak na jazz oczywiscie) interakcja z publika. Branford to zią.
niemniej i tak dalej twierdze, ze sluchanie koncertow z cd ma cos z lizania cukierka przez szybe.
najlepszy moment: ROUSED ABOUT
ocena: 7,5/10
