Helmet
gdzie: Hybrydy, Warszawa
kto: Helmet
I pyk, kolejne marzenie w kategorii „gitarowi idole z lat młodzieńczych na żywo” odhaczone.
Dodam jednak, że moje wstąpienie do szeregów wielbicieli Helmet było mniej typowe niż to, jak zazwyczaj odkrywałem dla siebie nową muzykę. Można by rzec, że i owszem, z polecenia – tyle że nie bardziej obeznanej Siostry czy ziomków, a z polecenia innych zespołów. Wierzcie lub nie, ale był taki czas – tj. wczesne lata 90-te – że Helmet był jednym z najważniejszych zespołów świata. To na ich wpływ powoływała się Pantera, kiedy przechodzi z metalowego piania na wgniatający w ziemię groove metal. To oni byli na plakatach w garażach przyszłej fali zwanej post-hardcore’m. I wreszcie – to między innymi ich „obwinia” się za stworzenie potwora o nazwie nu-metal. Na co Page Hamilton – spiritus movens Helmetowego projektu od dnia zero – się aż tak nie obrażał jak chociażby Mike Patton z Faith No More, nie mając oporów by współpracować z P.O.D. czy też, olaboga, Linkin Park. Tak więc po powyższych nitkach doszedłem w końcu do fanowskiego kłębka.
Ale piszę też o powyższym nie tylko z narcystycznych powodów. Bo Helmet to nie tylko jeden z najważniejszych zespołów w historii współczesnego metalu – ale też jeden z najbardziej niesprawiedliwie przez tę historię potraktowanych. Bo jak to możliwe że zespół o takiej renomie, zespół który obskoczył pół soundtracków wydanych we wspomnianych latach 90-tych, zespół który poprzez supportowanie Linkin Park (co samo w sobie, jeśli pominąć aspekt biznesowy, jest dość niedorzeczne) ma szansę na turbo ekspozycję – i ten zespół gra w Polsce dla kilku setek osób? Co w sumie i tak nie jest złym wynikiem – w Stanach całą trasę im odwołano ze względu na zbyt małe zainteresowanie. Jeśli traktować bezwzględne liczby jako najlepszy wyznacznik statusu: trochę ponad 200K fanów na FB, 600K miesięcznych słuchaczy na Spotify, na Billboardowej liście sprzedaży w USA – najważniejszych rynku zbytu popkultury – widziani ostatni raz prawie 20 lat temu…
A może ta muzyka po prostu kiepsko się zestarzała? Faktem jest, że pewne zespoły z szeroko pojętego alternatywnego metalu – pokroju Primusa czy Rollins Band – są wręcz niemożliwe do wyjęcia z kontekstu lat 90-tych. Być może właśnie przez unikalność ich brzmienia, której nie dało się podczepić pod fale nu metalu czy progresywnego metalu, czyli gatunków które przejęły dusze fanów gitarowego czadu w późniejszych dekadach. Trzeba też dodać, że te zespoły niespecjalnie zainteresowane były tworzeniem „hitów” (z drobnymi wyjątkami). Czy to jednak w jakiś sposób umniejsza ich wielkości? Moim zdaniem – absolutnie nie.
Był to więc zatem koncert dla wtajemniczonych – bez młodzieży raczej, ale też i bez metalowego vibe’u, z długimi włosami i katanami z naszywkami. Poziom wtajemniczenia podwyższał też fakt, że aktualna trasa po Europie (dodajmy, że przekładana ze względu na pandemię) przebiega pod znakiem celebracji 30-lecia „Betty”. Jednym z najpopularniejszych tematów dyskusji w helmet-versum jest to, czy lepszą płytą jest „Betty” właśnie, czy poprzedzająca ją „Meantime”. Ja akurat należę do teamBetty, więc tym bardziej ucieszył mnie pomysł na ten koncert. Nawet jeśli wiązało się to z obawami, że nie usłyszę ulubionych utworów z innych albumów. Jak się okazało – zupełnie niepotrzebnie.
Bez zespołów supportujących, bez wielkiego entrance – po prostu chwycili instrumenty i zaczęli tak jak na płycie, od „Wilma’s Rainbow”. Już po pierwszych minutach słychać było, że podejdą do tematu pieczołowicie – tj. odgrywając dokładnie to co jest na albumie, w dokładnie tej samej kolejności, ograniczając odstępstwa do absolutnego minimum. Moim zdaniem decyzja dobra i przypuszczam, że zgodna z oczekiwaniami większości zgromadzonych. Zwłaszcza, że sama płyta nie potrzebuje urozmaiceń – owszem, w większości to gitarowe łojenie, ale przecież i było miejsce na funkowy „The Silver Hawaiian” czy cover jazzowego „Beautiful Love”. Również w sferze wokalnej słychać było to, co na płycie- Hamilton miał zarówno zwykły mikrofon, jak i specjalny na pogłosie.
No tak, tyle że płyta trwa około trzech kwadransów, a tu panowie lecą płynnie z jednego numeru do kolejnego. Trochę głupio – zwłaszcza dla tych co przyjechali na koncert z innych miast – kończyć całość w mniej niż godzinę. I rzeczywiście, po dźwiękach „Sam Hell” Hamilton zdecydował się w końcu na dłuższą pogawędkę i zapowiedział powrót z „normalną” setlistą po kilkominutowej przerwie. Spodziewałem się odegrania kilku utworów, by dobić chociażby do tej okrągłej godziny grania- a tu otrzymaliśmy drugi pełnoprawny set. Nie ma co ukrywać, był to stricte nostalgiczny trip – poza kilkoma utworami z najnowszego albumu „Left” nie otrzymaliśmy nic z albumów wydanych po reaktywacji (a mówimy tu o bagatela czterech wydawnictwach). Był za to „Just Another Victim” z kultowego soundtracku do „Judgement Night” czy przede wszystkim numery z „Meantime”, w tym ten na który czekali chyba wszyscy – czyli jedyny prawdziwy hit z repertuaru zespołu, „Unsung”. Jak ten numer przepięknie żre na żywo!
Hamilton, który podczas drugiej częsci setu wyjątkowo się rozgadał (nie omieszkał oczywiście w dosadny sposób skomentować wyników wyborów w swoim kraju), oznajmił na koniec że to jeden z najlepszych koncertów na trasie. Kurtuazja czy nie, jestem w stanie zrozumieć skąd ten hiper-entuzjastyczny odbiór publiczności. Powiedzmy sobie wprost, największe gwiazdy alternatywnego metalu w swoim prime timie omijały wciąż dziką Polskę lat 90-tych. Więc teraz nadrabiamy tamten stracony czas. Dlatego Panie Hamiltonie, szepnij Pan proszę słówko swoim kolegom z Jane’s Addiction, Primusa czy Melvins by trochę częściej do nas wpadali!
najlepszy moment: UNSUNG
ocena: 9/10