Jutro o świcie
reżyseria: Rúnar Rúnarsson
Nie jest tak, że śmierć jest jakimś zaniedbanym tematem jeśli chodzi o kinematografię – oczywiście pomijam horrory i filmy sensacyjne, które śmierć sprowadzają do podobnej roli co przecinek w zdaniu. Ale co po śmierci, co z tymi na których śmierć danej osoby wpłynęła najbardziej. Innymi słowy- co z tematem żałoby?
„Jutro o świcie” to zapis kilku dni z życia najbliższych zmarłego w tragicznych okolicznościach Diddi’ego. Przede wszystkim Uny – jego prawdziwej miłości, oraz Klary – jego „oficjalnej” dziewczyny. Dramat Uny jest tym większy, jako że nie może wyjawić tego co naprawdę czuje – na dodatek wszyscy dookoła wspierają na duchu Klarę, z którą Diddi miał zerwać w dniu swojej śmierci. Oczywistym jest więc, że Uni niespecjalnie chce współdzielić żałobę z pokojowo nastawioną do niej Klarą. Chcąc nie chcąc przechodzą przez ten proces wspólnie, co mimowolnie je do siebie zbliża.
Każda śmierć jest inna, zatem też każda żałoba jest inna. Inaczej przeżywa się odejście rodzica, inaczej przyjaciela – nawet jeśli wspólnym mianownikiem jest m.in. rozpacz i poczucie straty, tak już pod pewnymi względami oba doświadczenia się różnią. W moim życiu pożegnałem już kilku tragicznie zmarłych kumpli, w tym jednego jeszcze w wieku licealnym – i mogę powiedzieć, że uczucie szoku i niedowierzania jest tu większe niż w innych przypadkach, przy czym podkreślam że w żaden sposób nie jest to czynnik wartościujący. Bo przecież człowiek powinien przejść całą życiową drogę – od dzieciństwa, przez dorosłość, na starości kończąc. Tak byłoby najsprawiedliwiej. I chociaż wiemy doskonale że życie sprawiedliwe nie jest, to nie ma chyba takiej osoby, która jest w stanie w pełni przejść do porządku dziennego nad tym, że komuś ta szansa przeżycia życia w całej rozciągłości zostaje odebrana. No bo jak to tak, umrzeć w wieku 20 lat? Dziecięciu? Tuż po narodzinach?
Być może Runarsson doskonale wiedział o czym opowiada, a być może jest świetnym obserwatorem. W każdym razie uchwycił temat „młodzieżowej” żałoby w punkt. Wszystkie te próby ujarzmienia emocji – ich „wytańczenia”, wygadania, nawet pewien wisielczy humor. Jest tu płacz, ale jest to płacz – jeśli można tak to ująć – organiczny, bez rozdzierania szat. Nie bez znaczenia jest tu kontekst islandzki – być może to siła autosugestii, ale jest tu wyczuwalna większa powściągliwość w wyrażaniu emocji niż u Południowców. Znów – bez wartościowania. Jak słowo się rzekło – każda żałoba jest inna.
Choć kadry są przepiękne (wszak to Islandia), to formalnie jest to film nad wyraz skromny – w długości, w muzyce (posłużono się niemal wyłącznie starszymi kompozycjami innego Islandczyka, nieodżałowanego Johann Johannssona), w pracy kamery, w grze młodych, nieopatrzonych aktorów. Być może aż zbyt skromny – takim filmom trudno się przyznaje maksymalne oceny, bo po filmach które mają stać na jednej półce z dziełami Kubricka, Coppoli czy Kurosawy oczekuje się że także formalnie będą MAX. Ale jeśli w filmach doceniacie takie aspekty jak szczerość, bezpretensjonalność i wrażliwość, to gwarantuję że „Jutro o świcie” trafi w Wasze serca bez problemu.
najlepszy moment: ostatnie kadry
ocena: 8,25/10
