Havalina Rail Co. – Russian Lullabies
rok wydania: 1999
wydawca: DIY
Dziwnych kapel ciąg dalszy.
O Havalinie, którzy nazwę wzięli od jednej z piosenek Pixies, wiem tylko tyle, że niespecjalnie udało im się przebić ze swoją twórczością i dziś pozostają zajawką muzycznych archeologów. Niedocenieni? Właśnie sam nie wiem…
Panowie jeden ze swych konceptualnych albumów poświęcili Rosji. Żeby jednak było ciekawiej, postanowili inspirując się tym krajem zrobić najbardziej słoneczną, popową płytę jaką byli z siebie wykrzesać. Oczywiście mowa o ambitniejszej odmianie popu, rozumianej w podobny sposób co przed dekadami. Czyli jeśli The Beatles czy Pixies grają według Ciebie pop – ta płyta jest dla Ciebie.
Bo chyba jednak nie dla mnie. Nie wiem, może nastroju mi brak, ale zupełnie do mnie ta płyta nie przemówiła. Od razu zaznaczę, że jest to opinia skrajnie subiektywna. Bo obiektywnie naprawdę mnóstwo rzeczy się tu dzieje, panowie ewidentnie wiedzą jak aranżować piosenki. Ale przez tą prawie godzinę mniej lub bardziej wydumanych dźwięków zastanawiałem się – po co? Płyta zaczyna się od wysokiego C w postaci dość przebojowej „Tundry”, ale potem naprawdę z rzadka można wyłapać fragmenty naprawdę angażujące.
To nie będzie mój soundtrack pod majówkę, jakakolwiek by ona nie była.
najlepszy moment: TUNDRA
ocena: 6,5/10