rageman.pl
Film

Grawitacja

rok: 2013

reżyseria: Alfonso Cuaron

 

O kinie dawno tu nie było (pomijając fakt, że w ogóle dawno mnie tu nie było). Pomówimy sobie zatem o jednym z najpopularniejszych w tym roku filmów. A zarazem o jednym z największych moich rozczarowań tego sezonu.

Otóż na początku – a konkretnie jakieś pół roku temu – był trailer. Zajawka, która mnie wgniotła w ziemię. Obrazkami weń zawartymi, ale przede wszystkim poruszoną tematyką. Nigdy nie byłem, poza skromnymi wyjątkami w postaci „Diuny”, wielbicielem szeroko pojętego sci-fi gatunku, moje relacje z Kosmosem zakończyły się gdzieś w okolicach wczesnej podstawówki kiedy uznałem, że od bycia astronautą o wiele fajniejsze jest bycie gwiazdą showbiznesu (wciąż czekam, aż mi i ten etap przejdzie). Skłamałbym jednak mówiąc, że nie fascynuje mnie wciąż to, co wysoko ponad nami. Ale nie jako źródło życia, nie jako teren do eksploracji, nawet nie jako ekstremalnie zajebisty punkt widokowy. Bardziej jako… miejsce śmierci. Przeokrutnej, brutalnej, nie dającej spokoju swym ekstremizmem. Bo jaka śmierć może być straszniejsza niż ta, kiedy przepadasz w kosmosie? I o tym miała być „Grawitacja”. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Przeskakujemy w przód o lata świetlne, a konkretnie do zeszłego czwartku. Idziemy do kina na „Grawitację”, najpopularniejszy film sezonu, film który ma wreszcie pokazać, po co dziesiątej Muzie trzeci wymiar. Dopiero podczas seansu uświadamiam sobie, że TA „Grawitacja” to ten sam film, którego zapowiedź widziałem te pół roku temu, a o którym – pomimo początkowego zachwytu – zdążyłem w natłoku wydarzeń i problemów dnia codziennego zapomnieć. Ale nawet po seansie miałem wątpliwość, czy jednak rzeczywiście mówimy o tym samym dziele. Dlaczego oczekiwania tak rozminęły się z rzeczywistością?

Choć zaczyna się, przyznaję, nad wyraz obiecująco. Planeta Ziemia w pełnej okazałości widzianej z orbitalnej perspektywy, a na jej tle kosmiczny teleskop Hubble’a i majstrująca przy nim główna bohaterka filmu, dr Ryan Stone (Sandra Bullock). Niedługo później dowiadujemy się, że dla niej to pierwsza wyprawa w kosmos, a dla dowodzącego misją Matta Kowalskiego (George Clooney) – ostatnia, po której przejdzie na emeryturę. Wszystko odbywa się w leniwym tempie, zamknięte w jedno, długaśne ujęcie, których Cuaron jest mistrzem, co udowodnił przy „Children Of Men”. Wkrótce jednak ta rutynowo-sielankowa atmosfera zostaje przerwana rozkazem z Houston o jak najszybszej ewakuacji w związku z zagrożeniem wynikającym z krążących po orbicie szczątków zniszczonego satelity (tzw. Syndrom Kesslera). Kosmos okazuje się jednak szybszy niż nasi bohaterowie, przez co widzimy zmasowany atak kosmicznych śmieci, dewastujących cały wahadłowiec, wraz z wszystkimi załogantami w środku. Doktor Stone próbuje się ratować, ale w końcu przegrywa walkę i przepada w kosmicznej otchłani…

Stop. Tutaj bardzo łatwo wyobrazić sobie moment, w którym reżyser całego spektaklu musi podjąć decyzję, w którym kierunku chce, by jego dzieło podążyło. Film akcji rozgrywany w kosmosie czy może, zgodnie z moimi oczekiwaniami, coś bardziej filozoficznego, zainspirowanego np. Lemem? Jak można było się spodziewać, pomimo całkiem ambitnych filmowych korzeni („I Twoją Matkę Też” to przecież świetny film był), Cuaron zdecydował się na pierwszą opcję. Nawet jeśli próbuje podążać „środkiem”, świadomie bawić się konwencją i lawirować między dwoma biegunami, to koniec końców więcej tu momentów rodem stricte z Hollywoodu aniżeli takich, które naprawdę poruszyłyby zwoje mózgowe, poszerzyłyby perspektywę, kazały zastanowić się nad tym, jak naprawdę przerażająca może być praca astronautów – bez całej tej otoczki sensacyjności, bohaterskości, patriotycznych uniesień. Jest alegoria powtórnych narodzin, zbyt mało jednak czytelna, by przywiązywać jakąś większa do niej uwagę. O wiele czytelniejszy przekaz, niejako symboliczny i niezamierzenie definiujący cały film, widzimy na samym początku filmu. Kilka zdań o warunkach panujących w przestrzeni kosmicznej, w której nie ma grawitacji i nie roznosi się dźwięk. To miłe ze strony twórców. Czy nie bardziej intrygujące, ciekawsze byłoby, gdyby widz po filmie zastanowił się, dlaczego w momentach rodem z „Armageddonu” nie było słychać żadnych eksplozji, ani nic? Tymi kilkoma zdaniami Cuaron niejako ustawia odbiór całego filmu, czyniąc z niego twór na tyle czytelny, by mógł go zrozumieć absolutnie każdy. Trochę żal, można było ustawić poprzeczkę odrobinę wyżej.

Film rozczarowuje także na płaszczyźnie aktorskiej. Teoretycznie nie można nic zarzucić Sandrze Bullock, sprostała wymaganiom tej mega trudnej przecież roli, ale czy wyniosła ją na nowy, oscarowy poziom? Mam wątpliwości. O wiele lepiej jednak wypada ona niż George Clooney, który gra tu George’a Clooney’a. Sympatycznego lowelasa, który nie traci humoru nawet w obliczu faktu, że zaraz [SPOILER! SPOILER! SPOILER!] jego ciało będzie już na zawsze lewitować w otchłani kosmicznej [KONIEC SPOILERA]. Aż dziw, że w napisach nie stoi „Special Guest Star Academy Winner® George Clooney as Himself”. Rozumiem, że miał wnieść humor do filmu, ale jeśli aktorstwo polega na tym, by widz wczuł się w losy filmowej postaci kompletnie zapominając o tym kto ją gra, to niestety Clooney nie sprostał zadaniu.

Wbrew wszystkiemu powyżej to wciąż całkiem dobry film. Tyle że potencjał w nim tkwiący mógł go wznieść na poziom wybitności. Być może cała ta recenzja to jedno wielkie krytykanctwo, bo nie wiem jak lepiej mógłby Cuaron poprowadzić ten film. Wiem na pewno jednak, że filmy wybitne powinny porywać, trzymać w napięciu, grać na emocjach. „Grawitacja” tego nie robi. Może o jeden wymiar za mało?

 

najlepszy moment: POCZĄTEK

ocena: 8,25/10

Leave a Reply