Bob Dylan – Knocked Out Loaded
wydawca: Columbia
Dziś, w kolejnej części cyklu „Bob Dylan i jego boje z czasoprzestrzenią”, o tym, jak w przeciągu trzech lat nagrać dwie płyty i stracić kompletnie kontakt z rzeczywistością.
Nad „Empire Burlesque” poznęcamy się kiedy indziej, dziś porozmawiamy o „Knocked Out Loaded”. Choć tu nie ma o czym mówić, tu trzeba rzewnie zapłakać. Pod względem artystycznym Dylan puka tu w dno od spodu, serwując totalnie niesłuchalne pół godziny muzyki. Lata 80-te nie były łaskawe dla bohaterów muzyki poprzednich dekad, czego przykładem The Rolling Stones czy David Bowie (czasem aż dziękuję Losowi, że historia Led Zeppelin czy Jimiego Hendrixa potoczyła się tak a nie inaczej). Ale nawet na ich tle przypadek wybitnego niegdyś songwritera prezentuje się wyjątkowo nędznie.
„Knocked Out Loaded” to taki typowy krążek solisty z lat 80-tych. Mnóstwo sidemanów mniej lub bardziej wybitnych (m.in. Ronnie Wood, Dave A. Stewart, Tom Petty z jego Heartbreakerami) często i gęsto wykorzystujących nowinki techniczne, jakimi obrodziło w tamtej dekadzie. Nie musi to być nic złego, co pokazał choćby Paul Simon serwując w tym okresie tak kapitalne dzieła jak „Graceland”. Różnica taka, że byłemu kompanowi Garfunkela się chciało. A Dylan, co już przeszło do legendy, bez cienia żenady w wywiadach retorycznie pytał po co ma się starać, skoro niezależnie co nagra nakłady jego albumów osiągają zawsze ten sam pułap.
Nawet liczby przemawiają na niekorzyść Dylana – 30 minut muzyki, 8 piosenek, z czego 3 to covery, a druga trójka napisana z zewnętrznymi autorami. No i 0 odrzutów, rzecz nie do pomyślenia dekadę wcześniej. Inna sprawa, że tę samą dekadę wcześniej takie dziwolągi jak „Precious Memories” (karaibski klimat) czy „Driftin Too Far From Shore”, z syntezatorowym wejściem brzmiącym jak ułomny kuzyn „Jump” Van Halen, nie byłyby godne nawet miana Dylanowych Z-side’ów. A fakt, że w niektórych kręgach wlekący się w nieskończoność „Brownsville Girl” określa się mianem zaginionego klasyka świadczy o tym, że nie każdy krytyk muzyczny miał odwagę przyznać, że Dylan całkowicie się pogubił.
Brak jakiegokolwiek ładu i składu, kuriozalne wycieczki stylistyczne, znudzenie wyzierające spod każdej instrumentalnej partii. Nie tylko największa porażka Dylana, ale i jedna z najgorszych płyt w ogóle.
najlepszy moment: YOU WANNA RAMBLE
ocena: 5,5/10
