Disturbed
kto: Disturbed
Lubię spontaniczne akcje, ale tym razem to już przesadziłem.
Bo i owszem, w ramach tegorocznej akcji „powrotów do korzeni” (których przystankami były koncerty (hed) p.e. i Godsmacka) rozważałem koncert Disturbed, ale nie aby jakoś specjalnie namiętnie (uzasadnienie tegoż później w tej notce). Zwłaszcza, że nikt znajomy się do uczestniczenia w koncercie nie kwapił. Pomysł ostatecznie pogrzebało info o sold oucie. W dniu koncertu okazało się jednak, że jakaś znajoma gęba będzie na koncercie, to i mnie naszła myśl by może jednak się wybrać. Godzina 20.30, patrzę na fejsbukowy event – „mam bilet do sprzedania”. Szybki messanger. „Za ile możesz być pod Torwarem”? „Za 10 minut”. Ponowny rzut okiem na stronę eventu – „start koncertu Disturbed – 20.50”. „Ok, to ja też tak będę”. Bieg po schodach, najblizszy uber, poczucie rekonstruowania na żywo teledysku „It’s My Life” Bon Jovi, o ile ktoś pamięta. 20.50, jestem pod Torwarem. SMS do ziomka (tego co na koncercie jest, nie tego od biletu): „zaczęli już”. „Tak, piąty numer już grają”. „Że co kurwa?”. Telefon do ziomka (od biletu) „kiedy będziesz?” „Sorry, jeszcze w drodze” „Sorry, chcesz kupić bilet na płytę?” – zagaja jeszcze inny ziomek koczujący pod Torwarem. „Tak, ale [tu się włączyła smykałka biznesmena] dam nie więcej niż 50 zł, bo już koncert i tak się zaczął. Chcesz mieć 50 zł czy zostać z biletem?” „No ok”. Kurtyna, a właściwie wjazd na koncert.
Gdybym zarabiał na tym wpisie wierszówkę to pewnie by skapnęło kilka fajnych złotych, ale tak naprawdę zmierzam do tego by uzasadnić, dlaczego nic nie będzie o „Liberate”, „Stupify” czy „Prayer”, które znalazły się w tej ominiętej przeze mnie pierwszej części koncertu. A czego piekielnie żałuję. Bo musicie wiedzieć, że to właśnie pierwsza płyta Disturbed, opublikowana w czasach numetalowego prosperity, jest wciąż tą najlepszą, podczas gdy „Believe” (z której pochodzą m.in. „Prayer” właśnie) najbardziej niedocenioną. I do dzisiaj te albumy całkiem nieźle się bronią. A potem stało się coś dziwnego. Nagle ta brzytwa, którą cieli pod postacią zespolonych, grooviastych uderzeń gitar i wokali Draimana, zamieniła się w rycerski miecz, a muzyka Disturbed zaczęła przypominać bękarta mezaliansu Korna z Manowarem. Czym prędzej się postanowiłem z tej bajki wypisać, zwłaszcza że mi gust w tym czasie podryfował w inną stronę. Patrząc na wyniki sprzedaży taki ruch się zespołowi opłacił, z drugiej strony zastanawiające w tym kontekście jest, że najpopularniejszym ich utworem z późniejszych lat pozostaje wciąż cover „Sound of Silence”.
Mimo to kwartet chyba wierzy w słuszność obranego kierunku, bo te najstarsze utwory z każdą kolejną trasą odpadają z setlisty – poza wspomnianymi w poprzednim akapicie było też „Voices”, „The Game” oraz oczywiście ich opus magnum który objawił zespół światu, kończący bisy „Down With The Sickness”. Z coverów poza wspomnianym utworem Simon & Garfunkel był też Genesisowe „Land Of Confusion” – jeden z nielicznych momentów, gdzie na telebimie za sceną pokazywane były animacje (w tym wypadku fragmenty klipu) zamiast zwyczajowo sylwetek muzyków. Nie wiem czy to była dobra decyzja, bo po prawdzie panowie wyglądają dość zwyczajnie, a wokalista przez te lata zmienił się w solidnego, mało ruchliwego misia.
Ale ale. Absolutnie nie zamierzam dissować, zwłaszcza na podstawie wyglądu. Bo koncert byłby dość oklepaną (choć rzetelnie odegraną), momentami kiczowatą rockmetalową sztuką na ocenę max 7/10, gdyby nie jedna rzecz, przez którą muszę dać wyższą ocenę. Postawa zespołu. Serio, dawno nie widziałem tak bardzo wyzbytej pozerki i wyniosłości ekipy. Mam pełną świadomość, empirycznie popartą latami spędzonymi w branży muzycznej, że fajni ludzie nie muszą tworzyć fajnej muzyki – dosyć często jest wręcz odwrotnie. A jednak jest w tym coś ujmującego, kiedy zespół docenia pracę ludzi pracujących przy koncercie – technicznym, ochronie itp. Kiedy zapraszają na scenę fanów z pierwszych rzędów, by nie tylko zbić z nimi piątki i wygonić ze sceny, ale pozwolić im na oglądanie reszty koncertu z pozycji sceny. Kiedy dialogami z publiką buduje się rodzinną atmosferę – bez elementu sekciarstwa jak u ekip pokroju 30 Seconds To Mars. Rodzina, która autentycznie się o siebie troszczy. Szczerze mi zaimponowało, gdy z offu Draiman mówił o depresji, a na ekranie wyświetlano polskie tłumaczenie jego słów wraz z telefonami kontaktowymi do polskich placówek, do których można skierować się z problemem (tuż po tym nastąpiły adekwatne „Reason To Fight” i „Hold On To Memories”, podczas których na telebimie widać było m.in. Chrisa Cornella i Chestera Benningtona). To zawsze miłe też, kiedy zespół ma świadomość miejsca w którym występuje wykraczającą poza znajomość nazwy kraju/miasta. Tu jednak nie tylko dowodem na to były wspomnienia dotyczące pierwszego koncertu Disturbed w Polsce (support przed legendarnym już koncertem Marilyn Mansona w 2001 roku, zresztą także na Torwarze), ale i zdjęcie Pawła Adamowicza wyświetlone na końcu „Sound Of Silence” (dla tych niezorientowanych w temacie – podczas żałoby po zabójstwie prezydenta Gdańska dosyć często puszczano ten utwór właśnie w wykonaniu Disturbed). Przyznam że byłem ciekaw czy nawiążą, nie zmienia to faktu że było to grubo ponad oczekiwania, jakie ma się wobec zespołu przyjeżdżającego na koncert.
Być może są totalnie uncool i cała ich dyskografia brzmi jak soundtrack do sado maso imprezy wampirów z horroru klasy C. Ale w zalewie pozerki, Brytyjczyków udających amerykańskich raperów, wyuczonej kurtuazji na koncertach i budowania relacji z fanami za pomocą social media managera było w tym koncercie coś autentycznie odświeżającego.
najlepszy moment: DOWN WITH THE SICKNESS
ocena: 7,5/10
