Finch – Finch
rok wydania: 2008
wydawca: DIY
a dzis ciezej bedzie. choc wciaz za darmoche.
Finch to kapela amerykanska, skladajaca sie z pieciu, ladnie ufryzowanych chlopcow. zaczynali na przelomie wiekow, w obliczu troche wiekszego weltschmerzu postanowili w ’06 roku rozwiazac kapele tylko po to, by wrocic na scene rok pozniej. powrot ow postanowili obwiescic swiatu za pomoca niniejszej EPki, udostepnionej fanom za darmo, a ktora wciaz pozostaje najswiezszym dokonaniem fonograficznym zespolu.
tyle historii, a teraz czas na merytoryczne fakty. panowie graja post hardcore z domieszka emo. wiem, chcialoby sie pomyslec o szlachetnych, antykomercyjnych wzorcach pokroju Fugazi czy Refused, ale nic z tego. mowimy o nowoczesnej odmianie gatunku, przyjaznej Esce Rock i fryzjerom.
ok, nie jest to tak wypolerowane, radio-friendly jak my chemical romance czy 30 seconds to mars. ale do pierdolniecia Glassjaw czy Poison The Well tez startu nie ma. chociaz… dawno w sumie tych kapel nie sluchalem, byc moze dzis, kiedy z kazdego gatunku probuje sie wycisnac hajs, moze tez mialbym do nich sceptyczny stosunek? swoja droga z perspektywy minionej dekady wplyw Glassjaw wydaje sie nie do przecenienia, moznaby nawet mianowac ich ojcami chrzestnymi tego post hardcore’a XXI wieku.
i wlasciwie co moznaby o tym czteroutworowym materiale jeszcze powiedziec? ze „Chinese Organ Thieves” konczy sie w sposob rzeczywiscie godny undergroundowej bezkompromisowosci, bedac jedynym tego typu fragmentem na plycie? ze we „From Hell” slychac taneczna pulsacje? ale co to wnosi wlasciwie do obrazu calosci? absolutnie nic. nie o poszukiwania stylistyczne tu chodzi i zaskakiwanie aranzacjami, a o balansowanie miedzy czadem a lirycznymi musnieciami, miedzy slodkim spiewem a wydarciem, tzw screamo. o hustawke nastrojow odzwierciedlajaca everyday life nabuzowanego hormonami nastolatka. no i o melodie. a te akurat wypalily panom w 50 procent przypadkow, tj. w „Daylight” i „Famine Or Disease”. pozniej material zaczyna nudzic, ale te dwa pierwsze kawalki – ultrasympatisch.
o samej nazwie zespolu pewnie za niedlugo zapomne, ale wspomniane dwa tracki idealnie mi wspojgraja z troche syfnym, emo-nastrojem ostatnich dni.
najlepszy moment: DAYLIGHT
ocena: 7/10