Faith No More – King For A Day… Fool For A Lifetime
wydawca: Slash
awangardowy zespol nagrywa album eksperymentalny. niezle jaja. ale wyszlo cudnie.
w poprzedniej notce podzielilismy calosc na ocene przez pryzmat idywidualnych poczynan muzykow i pryzmat tego co dzieje sie w piosenkach. tym razem postapimy podobnie. wiec: Mike Patton na wokalu znow wyczynia cuda. z takim frontmanam naprawde mozna zagrac i heavy metal i gospel (co tez w sumie panowie tutaj czynia). czesciej niz wczesniej do glsu dochodzi wkurwiony Kaczor Donald i jest grozniejszy niz kiedykolwiek! a powazniej rzecz ujmujac: nie znam calej dyskografii Pattona bo troche za duzo tego jest, ale na pewnoten album stonowi jeden z najdobitniejszych przykladow jego wszchstronnosci. a skoro o dyskografii Pattona mowa – tylko na tej plycie mozna w skladzie FNM uslyszec jego kolege z Mr Bungle, Trey’a Spruance. i jak na debiutanta poczynia sobie calkiem odwaznie. moze dlatego tez, ze Roddy Bottum ze wzgledu na klopoty z dragami calkowicie ustapil mu miejsca w aranzacjach. klawiszy prawie w ogole nie slychac. i troche glupio przyznac bo lubie to co wczesniej robil ten pan w FNM, ale zupelnie mi ta jeo absencja nie przeszkadza.
nie wiem czy Jim Martin byl jak ten policjant, trzymajacy reszte skladu na smyczy, ale przypuszczam ze zupelnie by sie nie odnalazl w wiekszosci piosenek z tej plyty. no chyba ze w „Cuckoo For Caca”, brzmiacy jak parodia rycerzy heavy metalu. juz na „Angel Dust” zdarzaly sie fragmenty pokroju „RV”, zupelnie nie majace cokolwiek wspolnego z rockiem. ale tym razem cala plyta brzmi tak, jakby rock byl tylko jednym z licznych srodkow wyrazow. w ogole nie slychac, by za bossa nove w „Caralho voador” byl odpowiedzialny zespol na codzien poslugujacy sie rockowym instrumentarium. podobnie jesli chodzi o smoothjazzujacy, ewidentnie najbardziej chwytliwy „Evidence”. zreszta moznaby wymieniac tak dlugo: „Star A.D.” brzmi jak zywcem wyjety z serialu o jakims dzielnym amerykanskim detektywie tudziez policjancie. filmowych porownan ciag dalszy: „Take this bottle”moglby sie znalezc na soundtracku do jakiegos nowoczesniejszego westernu, typu „Bez przebaczenia”. „Just a man” zaczyna sie w miare tradycyjnie, ale konczy sie totalnym gospelem.
z drugiej strony, jesli juz jest rockowo, to w najbezposredniejszy z mozliwych sposobow. nie ma hamulcow w postaci klawiszy, konkretne strzaly na ryj i uszy – najlepszy tutaj „The Gentle Art Of Making Enemies”, „Ugly In The Morning”, „Digging The Grave”… choc blakaja sie tu pojedyncze przypadki ciut lzejszego podejscia, jak „Get Out” czy „Ricochet”, w zwrotkach kojarzacy sie z „Heart-shaped box”. moze to nieglupie skojarzenie, bo ponoc numer powstal w dniu smierci Cobaina. ale juz skojarzenia z Eddiem Vedderem w wokalnym aspekcie „Take This Bottle” to chyba tylko moj wymysl.
sa tu fragmenty ktore moga nudzic. ba, nawet wiecej ich niz na „Angel Dust”. ale stawiam ten album wyzej dlatego, ze to wlasnie tutaj pokazali, ze moga zagrac Absolutnie Wszystko. zadnych coverow wspomagajacych sprzedaz. pelna artystyczna wolnosc. sukcesy w europie przy znikomym odzewie publiki w usa potwierdzaja tylko to, ze amerykanie to debile.
najlepszy moment: EVIDENCE
ocena: 9/10
