Faith No More – Album Of The Year
rok wydania: 1997
wydawca: Slash
to sie nazywa poczucie humoru. nagrac dobry album, byc z niego niezadowolonym, zatytulowac go pomimo to „Album Roku” i sie rozwiazac. moze Monty Python to to nie jest, ale tez nie Drozda.
krytyka zjebala ten album moim zdaniem nieslusznie. choc wiem ze jestem nieobiektywny – akurat ten album poznalem w momencie wydania i wlasciwie od niego sie zaczela moja przygoda z FNM. wiec sentyment jest. ale moim zdaniem to chyba wydawnictwo najlepiej definiujace „brzmienie Faith No More”. znamienne, ze to wlasnie w skladzie z tego albumu, z Johnem Hudsonem tym razem na gitarze, Faith No More sie reaktywowal. slychac w tym skladzie potencjal.
przede wszystkim na poklad wrocil Bottum. choc jego gra nie napedza numerow jak kiedys, to stanowi wazny element w aranzacjach. Hudson moze nie jest wizjonerem na miare Spruance’a, ale tez chlopak nie daje sie zepchnac na dalszy plan. wlasciwie ciezko mowic by ktos sie na plycie tym razem wyroznial. prawdziwa druzynowa gra, bez liderow. z tym tez wiaze sie to, ze towarzystwo sie uspokoilo. oczywiscie wciaz potrafia zaskoczyc, ale jest spokojniej. ciagnac watek „okladka a zawartosc albumu” – juz nie jest tak krzykliwie jak poprzednio, calosc moznaby wrecz znow okreslic mianem „dostojnej”.
przede wszystkim – single (aha, wsparte najlepszymi klipami w historii FNM). a tak przede wszystkim razy dwa – „Ashes To Ashes”. wycieczka klasowa w ’98 roku bodajze. a moze to byl oboz zimowy? towarzystwo katowalo karrambe i prodigy, ja niesmialo odkrywalem swiat gitar dzieki albumom ratm i pojedynczym piosenkom, m.in. „Ashes to Ashes”. ale czulem sie zajebisty! ale czulem sie wolny! zreszta wlasnie takie odczucia wywoluje do dzisiaj ten numer, dzieki podnioslym wokalom Pattona w refrenie. nic tylko krzyczec razem z nim na skraju klifu z rozwartymi ramionami. trudno nie miec takich skojarzen jak w tekscie jest o „mountains” i „oceans”. a jak wokalista srednio wyraznie spiewa i zamiast „smiling” slyszy sie „flying” to juz w ogole. reasumujac – chyba moja ulubiona piosenka FNM, a na pewno TOP 3.
dalej – „Stripsearch”. faith no more’owa odpowiedz na bristol sound. calkiem udana, choc wywolujaca nieprzyjemne uczucie niepokoju. dobrze zreszta koresponduje ze slynnym „lotniskowym” klipem. „last cup of sorrow” to juz niby bardziej rockowa sprawa, ale wciaz aranzacyjnie pogieta. dzwoneczki, szepty, dziwne przejscia… Faith No More w pelnej okazalosci.
jesli chodzi o reszte trackow… najbardziej podobaja sie te proste strzaly, bez owijania w bawelne, podobne do tych z poprzednika – „naked in fornt of the computer” czy „got that feeling”. na swoj sposob czadowy tez jest „Mouth to mouth” z porabanym rytmem i klawiszem o podobnej mentalnosci. koajrzy sie z „Brooklynska Rada Zydow”, wiec byc moze chlopaki sie inspirowali muzyka naszych starszych braci w wierze. nie wiem, trza by sie Bounczala zapytac, bo sie nie znam. wiem natomiast, ze „She loves me not” to jakies loungowe sprawy, mlodszy brat „Evidence” w klimacie. niestety, nie tak wpadajacy w ucho.
i wlasciwie to tyle. niestety jest to troche nierowny material i pod koniec mozna sie zmeczyc. niemniej stawiam wyzej od „The Real Thing”, bo to wlasnie TEN STYL. a w przypadku niektorych trackow – TE MELODIE.
najlepszy moment: ASHES TO ASHES
ocena: 7,5/10