rageman.pl
Muzyka

Faith No More – Angel Dust

Faith_no_more_angel_dustrok wydania: 1992

wydawca: Slash

 

w obiegowej opinii – opus magnum. i gdyby nie to, ze w dyskografii FNM mam innego faworyta, to rowniez podpisalbym sie pod tym stwierdzeniem.

bo tu wszystko jest lepsze od „The Real Thing”. zarowno jesli chodzi o same piosenki, jak i indywidualne wyczyny. przede wszystkim – Patton pozbyl sie tej meczacej maniery z „The Real Thing”. nie wiem czy w wieku dwudziestu paru lat mozna przechodzic mutacje, ale jednak ciezko oprzec sie wrazenia, ze glos mu dojrzal. a przy tym tutaj juz sie popisuje wszechstronnoscia w pelni. Bottum jeszcze lepiej pomyka na klawiszach i to wlasnie jego instrument, wraz z glosem Pattona, wysunieto na wierzch. kosztem gitary Martina, no ale on juz na wysokosci AD byl wlasciwie na wylocie, choc i tak w niektorych piosenkach stara sie jak moze by podpasowac gre pod kolegow. a poza tym nie mozna miec wszystkiego. tym bardziej, ze lepiej tez gra sekcja rytmiczna. Gould wciaz wyczynia cuda, ale nie stara sie wychodzic przed szereg, przez co calosc przestala tracic funk metalem.

przede wszystkim jednak muzyka dojrzala. juz nie dalo sie tego tak latwo zaklasyfikowac jako „”zmutowana wersja Red Hotow”. nabralo to wszystko oglady, dostojnosci, niczym ta ptaszyna z okladki. gdyby bawic sie w nadinterpretacje to mozna by stwierdzic, ze jest to tez labedzi spiew jesli chodzi o komercyjne mozliwosci FNM (bzdurnie brzmi, ale slowo sie rzeklo – to nadinterpretacja). bo nawet jak na tamte czasy, przychylne muzyce alternatywnej, byl to jeden z najbardziej porabanych albumow jakie wydal fonograficzny gigant. niby sa tu reminiscencje starych czasow typu singlowe „Everything’s Ruined” czy zwlaszcza „A Small Victory”. sa tez przeboje ciut nowszego rodzaju jak napedzany jednostajnym, niemniej genialnym bassem „Midlife Crisis”. tudziez „Be Aggressive”, numer o ktorym zreszta moznaby napisac osoby akapit. starajac sie jak najzwiezlej: rzecz w calosci stworzona przez klawiszowca – organowy wstep, pozniej klawisze wesolutko przycinaja z gitara, ktora w pewnym momencie zapodaje hardrockowa solowke. w refrenie cheerleaderki skanduja tytulowe slowa. tekst zas, rowniez napisany przez klawiszowca, opowiada calkiem szczegolowo o urokach seksu oralnego (refren „wchodzi” nawolywaniem „I swallow! I swallow!”). a przypomnijmy, klawiszowiec bardziej gustuje w panach. slabo?

jak moze wynikac z powyzszego, trudno uznac przeboje z tej plyty za „tradycyjne”. a sa tu tez fragmenty, gdzie ewidentnie nie ma taryfy ulgowej. jak „Malpractice”, ktory brzmi jak zapowiedz tego co Patton bedzie robil z Fantomasem czy Johnem Zornem w Naked City. death metal wrecz. z extremalnymi odmianami metalu (moze bardziej tym razem Dillinger Escape Plan jednak) ma tez sporo wspolnego „Jizzlobber” z wokalem typu „Kaczor Donald na wkurwie” i organami wycietymi z mszy w pobliskiej parafii. dla dopelnienia choroby psychicznej dostajemy jeszcze Tom Waits’owy „RV”, „Land of Sunshine” z tekstem bedacym zlepkiem cytatow z chinskich wrozb i ksiazki dla scjentologow, przerobke motywu z „Midnight Cowboy” i kolejna przerobke – „Easy” Lionela Richiego (czy raczej The Commodores). slabo?

a najlepsze jest to, ze przy calym tym eklektyzmie to wlasnie tu wykrystalizowal sie ich styl. genialna plyta, and I really mean it.

 

najlepszy moment: MIDLIFE CRISIS

ocena: 8,5/10

Leave a Reply