Faith No More – The Real Thing
rok wydania: 1989
wydawca: Slash
wybaczcie Dziewczyny. ja naprawde zycze Wasm wszystkiego najlepszego i w ogole. ale nie wiem jak te okazje „przekuc” na notke. bo juz o kobietach pisalismy duzo i gesto, wiec starczy na razie. natomiast informacja, ze Faith No More sie reaktywowali, rozjebala mnie doszczetnie. i dlatego napiszemy dzis sporo o nich. pominiemy plyty z Chuck Mosely’m na wokalu z postego powodu – dla mnie FNM to tylko i wylacznie ten z Mike’m Pattonem na wokalu.
„The Real Thing”, trzeci w dyskografii FNM, jest wlasnie pierwszym albumem z Pattonem, wzietym z Mr. Bungle. i juz tutaj slyszymy ze mamy do czynienia z magikiem wokalistyki o nieludzkich mozliwosciach. normalny spiew, operowe niemal wygibasy, growl, rap, krzyk – to wszystko juz tutaj jest, choc moze nie w takiej dawce jak na pozniejszych plytach. poza tym przefiltrowane przez momentami meczaca, „jeczaca” maniere w glosie. z drugiej strony nie mozna zapomniec, ze FNM to nie tylko Patton. to byla druzyna, w ktorej kazdy zawodnik mogl poprowadzic do zwyciestwa. kapitalny perkusista, ktorego po rozpadzie FNM chcial miec u siebie kazdy – od Korna (z Bordinem na pokladzie wystapili w Spodku ’00 – koles jak na moje oko i ucho ukradl show reszcie skladu) przez Jerry’ego Cantrella na boskim Ozzym konczac (temu ostatniemu zreszta sekunduje do dzis). wszechstronny basista, czujacy dobrze sie zarowno w przycinaniu funkowym jak i metalowym wyziewie, a przy okazji kompozytor wiekszosci materialu i faktyczny lider, trzymajacy cale to rozbrykane towarzystwo za morde. Roddy Bottum, jeden z nielicznych (jesli nie jedyny) klawiszowiec, jakiego jestem zaakceptowac w muzyce rockowej jako takiej. moze dlatego, ze zamiast robic pseudonastrojowe plamy klawiszowe (co czynil zreszta przed „The Real Thing”) nierzadko odpowiadal za glowna linie melodyczne w piosenkach. no i przy okazji urozmaical znacznie Pi Ar zespolu jako jeden z niewielu „oficjalnych” gejow w ciezkim rocku. no i, last but not least, najwiekszy kosmita w tym kolorowym towarzystwie – gitarzysta Jim Martin, wyjety z thrashmetalowej bajki (zreszta bliski kumpel s.p. Cliffa z Metalliki). szkoda ze „TRT jest wlasciwie ostatnia plyta, na ktorej byl w stanie zrozumiec sie z dazacymi do totalnego eklektyzmu kolegami. co wlasciwie dziwi, bo przeciez tutaj naprawde popisuje sie wszechstronnnoscia – od mettalikowego wrecz pieprzniecia w „Surprise! You’re dead!”, poprzez hardrock, na funkowaniu konczac.
no wlasnie – funk. niestety tak sie dziwnie potoczyla kariera FNM, ze o ile w Europie kazdy kolejny album byl wyczekiwany i dobrze przyjmowany, tak w stanach skonczyli z etykieta „one-hit wonder”. wszystko przez najwiekszy przeboj z tej plyty jak i w calej karierze zespolu – „Epic”. i chociaz muzycznie jest to typowy dla FNM tego okresu „bujajacy” metal, tak w polaczeniu z rapowanka Pattona efekt brzmial bardzo kojarzaco sie… Red Hot Chili Peppers. co zreszta doprowadzilo do malej wojenki z Kiedisem, ktory oskarzal Pattona o plagiatowanie jego stajlu. i chociaz konflikt skonczyl sie szybciej niz sie zaczal, tak juz walka z etykieta zespolu jednego przeboju trwala do konca kariery. co tym smutniejsze, bo to wcale nie jest najlepszy numer. o wiele fajniejsze sa napedzany genialnym klawiszem, the-cultowy wrecz „From Out Of Nowhere” czy „Falling To Pieces”. niemniej fakt jest tez taki, ze ta trojka, zaserwowana na poczatku plyty, jest najbardziej przebojowa tutaj. bo pozniej juz ten hiciarski potencjal gdzies sie ulatnia. nudzic wprawdzie sie nie sposob, ale wszystko da sie spiac klamra funkiem podbarwionego rocka. co w kontekscie pozniejszych plyt, gdzie frank sinatra spotykal sie z Pantera, moze brzmiec wrecz zachowawczo. dlatego chyba jednak w pozniejszej partii najlepiej wypada przerobka Black Sabbath „War Pigs”. chociaz balladowo (troszke „The Unforgiven” jakby) zaczynajacy sie „Zombie Eaters” tez moze sie podobac.
ale wciaz najlepsze przed nimi i przed nami.
najlepszy moment: FROM OUT OF NOWHERE
ocena: 7,5/10