Explosions In The Sky – The Rescue
rok wydania: 2005
wydawca: DIY
I znów zmieniamy klimat.
Nie ufam postrockowi. Moim zdaniem jest to jeden z najbardziej schematycznych gatunków muzycznych, w którym jedna piosenka brzmi jak reszta pozostałych na albumie, cały album brzmi jak wszystkie inne w dyskografii kapeli, a sama kapela brzmi jak setki innych. Melancholia i hałas, pochlipujące gitarki, budowanie napięcia aż do finalnej eksplozji, gdy wszystkie instrumenty idą w przód mixu, a perkusista nagle przypomina sobie o swoim istnieniu. Fakt, w warunkach koncertowych, które rządzą się swoimi prawami, wypada to o wiele lepiej, czego byłem naocznym świadkiem nieraz.
Czy Explosions In The Sky należy do wyjątków potwierdzających regułę? Chyba jednak niezbyt. Mimo to jest w ich coś graniu angażującego, pozwalającego zapomnieć o ekstremalnej wtórności tych dźwięków. Sam zaś czwarty album w ich dyskografii, „The Rescue”, ma alibi w postaci bycia efektem jednej, ośmiodniowej (stąd tytuły „Day One”, „Day Two” itd.) improwizacji.
Daruję sobie opisywanie utworów ze wspomnianych na początku powodów. Poza tym skończyłoby się to jednym wielkim namecheckingiem, ze szczególnym uwzględnieniem Sigur Ros, bo EITS też lubują się w podobnej majestatyczności dźwięków („Day One”, te dzwoneczki!). Jedynym utworem, który naprawdę wyłamuje się ze schematu, budując napięcie w mniej typowy sposób jest „Day Five”. Choć jeśli by się uprzeć, to można by z kolei do Radiohead go porównać…
Koko koko płyta spoko. Ale hymnu się z tego nie wykroi, nawet dla tych najbardziej melancholijnie nastawionych kibiców takiego grania.
najlepszy moment: DAY FIVE
ocena: 7,5/10