Electric Light Orchestra – Secret Messages
rok wydania: 1983 (reedycja: 2001)
wydawca: Legacy
Kończymy kolejną serię omówień dyskografii ELO teoretycznie jednym z kolejnych albumów tego zespołu. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że „Balance Of Power” to dzieło dosłownie wymuszone (zobowiązaniami kontraktowymi), a „Zoom” z 2001 mogłoby równie dobrze być podpisane jako solowe dzieło Lynne’a, „Secret Messages” można równie dobrze uznać za pożegnalne dzieło grupy. Można by, gdyby na tak zaszczytne miano zasługiwało. A nie do końca tak jest.
I znów mam zagwozdkę, bo nie wiem w czym do końca rzecz. W tym, że otrzymaliśmy ten album nie w takiej formie, w jakiej jego główny twórca planował? Ja nie padam na kolana przed ideą podwójnych albumów (choć doceniam ich rozmach) i dla mnie „odcedzenie” takich dzieł może zaowocować wyłącznie czymś dobrym. A jeśli takiemi „Out Of The Blue”, powstałemu w czasach szczytu możliwości kompozytorskich Lynne’a, spokojnie przysłużyłoby się skrócenie go o kilka utworów, to skąd przypuszczenie, że w już nie tak łaskawych dla tego twórcy latach 80tych byłoby zgoła odwrotnie? A zamieszczone na reedycji w ramach bonusach utwory wyeliminowane z głównego programu raczej każą przyklasnąć decyzji wytwórni – dotyczy to zwłaszcza męczącego ucho, Roy Orbisonowego „Endless Lies”.
To może w ejtisowym brzmieniu problem? Podstawowy kontrargument – „Time”. Choć fakt, tam ono współgrało z futurystyczną tematyką i znajdowało w niej swoiste uzasadnienie. W przypadku „SM”, którego powstaniem kierowała jedynie idea stworzenia zbioru zwyczajnych, melodyjnych piosenek, brak jakiegokolwiek alibi, pozwalające obronić ten album przed osobami gardzącymi poprockiem tamtej dekady. I jeśli ktoś nieopatrznie zacząłby przygodę z ELO od tego albumu, automatycznie ustawiłby ich w jednym rzędzie z Toto czy innym Bon Jovi. A audiofilskie dźwięk, ukierunkowany na wielbicieli nowopowstałej wtedy płyty CD, niekoniecznie trzeba uznawać za okoliczność łagodzącą. Ale hej, z ręką na sercu – ilu z Was tak szczerze nie lubi „Africa”, „Got My Mind Set On You” czy innych tych rmf’owych przebojów? Ooo, i tu Was mam, wcale tak dużo rąk w górze nie widzę. Czyli reasumując – nie w brzmieniu problem.
Drogą eliminacji została nam jedna odpowiedź: numery sprawiają wrażenie niedopracowanych. Ciężko w to uwierzyć biorąc pod uwagę perfekcjonizm Lynne’a, jego kompozytorski i aranżacyjny fanatyzm, nie pozwalający mu wychodzić ze studia nagraniowego całymi dobami. Ale weźmy sztandarowy przykład „Loser Gone Wild”. Zwrotki przymulaste, niby wieczorno-knajpiane, z softowym saxem i diametralna zmiana klimatu w upbeatowym, pociesznym refrenie. Ok, ten numer akurat świadomie skonstruowano na zasadzie kontrastu dwóch diametralnie różnych fragmentów. Ale inne numery też sprawiają wrażenie sklejki, niczym wypieki w McDonaldzie. Oko świni, kopyto konia, dupa słonia. Fajne hooki obok czerstwych sekwencji syntezatorowych. Wrażenie najspójniejszego robi „Rock And Roll Is King”, niejako powrót do czasów coverowania Chuck Bery’ego i tym podobnych klasyków, choć numer zdążył mi się tak osłuchać, że zdarza mi się na niego reagować alergicznie. A, jest jeszcze atmosferyczny „Letter From Spain”, który gdyby opatrzyć bardziej zdecydowanym wokalem, zaowocowałby jakimś bliskim krewnym „Forever Young”.
Jak to mówi Tede – nie ma co palić jana. Płyta jest świadectwem rozkładu zespołu, z którego tuż po nagraniu płyty odszedł ulubieniec fanów Kelly Groucott. Po wydaniu płyty Lynne mówił, że nie ma pomysłu na ten zespół. Jak dla mnie nie miał go już przed zarejestrowaniem „Secret Messages”.
najlepszy moment: TAKE ME ON AND ON
ocena: 7/10