Led Zeppelin – Led Zeppelin III
wydawca: Atlantic
Wrócili. Znów. Po roku przerwy – Led Zeppelin znów na rageman.blox.pl. A wraz z nimi ostatni, nieopisany tutaj element Wielkiej Rockowej Tetralogii.
Czuję, że muszę od razu postawić sprawę jasno – to nie jest w moim odczuciu płyta wybitna. A przynajmniej nie w takim stopniu co „I”, „II” i „IV”. Ale w niewytłumaczalny sposób jest równorzędnie co pozostała trójka niezbędna, by wraz z nimi utworzyć – na modłę praktyk wyciągniętych z „Kapitana Planety”- Wielką Hardrockową Bestię, zmiatającą WSZELKĄ konkurencję w kategorii ciężkich gitar. Coraz częściej spotykaną praktyką w świecie rocka jest rozbijanie kilkuczęściowych koncept albumów na pojedyncze płyty wydawane w stałych odstępach czasu, vide Green Day cz System Of A Down. Czasem dochodzę do wniosku, że także na tym polu Led Zeppelin byli pionierami, tylko że zupełnie nieświadomie. Być może nawet do dzisiaj o tym nie wiedzą.
Próbując sklasyfikować poszczególne albumu LedZepowego cyklu jednym epitetem zwykło się określać „Trójkę” mianem „akustycznej”. Nawet jeśli rzeczywiście jest to jakiś wyróżnik tego albumu w kontekście „surowego” debiutu, „ciężkiej” „dwójki” i „najbardziej wszechstronnej” „czwórki” (choć już przecież wcześniej zespół kombinował z gitarami akustycznymi), to jest to tylko połowicznie prawda. A konkretnie w 60%, bo dokładnie 6 utworów załapuje się do tej kategorii. A przypuszczam, że gdyby nie były one tak skumulowane w drugiej połowie albumu, to owa „akustyczność” zwracałoby jeszcze mniejszą uwagę. I zapamiętalibyśmy ten album z diametralnie innych powodów. Np. jako ten album, który za sprawą „Immigrant Song” dał konkretny (umówmy się, że „Dwójka” to były podwaliny gatunku) fundament pod heavy metal. Także za sprawą tekstu, w którym Plant wyjątkowo odłożył na bok Tolkienowskie zapędy na rzecz oddania czci walecznym Wikingom. Taaaak… Na szczęście z samą muzyką nie ma absolutnie żadnych żartów – motoryka tego kawałka, podkręcana przez kultowy Plantowski zaśpiew a’la syrena alarmowa, czyni z niego oczywisty typ na wszelkie „entrance song” każdego sportowca i zapaśnika. Choć i Królewna Śnieżka znajdzie tu coś dla siebie.
Albo inny powód. „Since I’ve Been Loving You”. Oczywiście na tamten moment chłopaki mieli już spore doświadczenie w tworzeniu takich przeżartych bluesem muzycznych kolosów. Ale być może to właśnie tutaj doszli w tym temacie do perfekcji. Hardrockowe skamlenie o miłość (tudzież bardziej przyziemne rzeczy związane z tym uczuciem) nigdy wcześniej (i później) nie było tak przytłaczające, tak przeszywające i po prostu przekonujące.
Ale już „Celebration Day” i „Out On The Tiles” moim zdaniem nie wzbijają się ponad LedZepową średnią, więc czas przejść do tych osławionych „akustyków”. Moim typem do złotego medalu jest „Gallows Pole”. Choć być może nagroda będzie nie do końca zasłużona, bo to opracowanie evergreena. Nie będę ściemniał, że znam jakiekolwiek inne opracowania tego kawałka, ale to co zrobili z nim Page i spółka, z tym podkręcaniem tempa zainicjowanym dokładaniem pojedynczych instrumentów do aranżacji, czyni moim zdaniem tę wersję kompletną. Pozostali laureaci? Cudowny jest „Tangerine” z dwugłosem w refrenie – zupełnie niepozorny, choćby przez fakt, że praktycznie nieznany poza tym albumem (choć oczywiście parę zespołów odważyło się go scoverować). Pozbycie go rytmu sprawia, że płynnie przechodzi on w równie magiczny (ta gitara slide!), także bezperkusyjny „That’s The Way”. Bonhama słychać za to w „Bron Y Aur Stomp”, ale moim zdaniem to jedyna godna uwagi rzecz, którą można powiedzieć o tej piosence. Znacznie więcej można powiedzieć o zamykającym program „Hats Off To Roy Harper”, tyle że ciężko uznać go za cokolwiek innego niż poligon doświadczalny Page’a-producenta. Efekt na wokal, dziwnie brzmiący loop gitary… Led Zeppelin zawsze lepiej zaczynali swe albumy niż je kończyli, ale taką pomyłką nigdy się żegnali.
Gdyby wskazać najsłabsze ogniwo w ciągu I-II-III-IV, omawiany tu album byłby zapewne pierwszym kandydatem do tytułu. Tyle że po co to robić? W dupach Wam się poprzewracało od tego nadmiaru Muzyki?
najlepszy moment: IMMIGRANT SONG
ocena: 9/10
