rageman.pl
Muzyka

Electric Light Orchestra – Out Of The Blue

rok wydania: 1977 (reedycja: 2007)

wydawca: Legacy

 

Chwila szczerości, pozwolicie? Otóż zawsze marzyłem o tym, by napisać piosenkę. By wiedzieć, jak to jest stworzyć kompozycję od podstaw, wykreować melodię. Wiem, dosyć banalne pragnienie, z domieszką naiwności i żenady. Ale może usprawiedliwiającym będzie to, że tej napisanej przeze mnie piosenki wcale nie traktowałbym jako przepustki do bycia gwiazdą muzyki. Chciałbym po prostu zbliżyć się do zrozumienia jak to możliwe, że np. taki Jeff Lynne rok w rok pisał przynajmniej 10 piosenek na kolejny album, a program podwójnego albumu „Out Of The Blue” stworzył ponoć w dwa tygodnie.

Tak, fascynuje mnie to. Czy piosenki POWSTAJĄ? Albo są KREOWANE? A może one już gdzieś tam istnieją w nieogarnialnej tradycyjnymi zmysłami przestrzeni, czekając na wyłowienie ich wyimaginowaną wędką? Można by tworzyć w nieskończoność mniej lub bardziej poetyckie opisy procesu komponowania. Możliwe też, że rzeczywistość jest znacznie bardziej prozaiczna. Siedzisz pod jabłonią, spada ci owoc na głowę i bum – w tym samym momencie wpadasz na pomysł piosenki. Czysta fizyka. U Lynne’a taki bum nastąpił ponoć, kiedy siedząc w swym domku w Szwajcarii, po okresie deszczowym nastąpiła diametralna zmiana pogody, a do gry znów wróciło słońce, przejrzyste niebo itp. Co zainspirowało go do napisania „Mr. Blue Sky”, z jednym z najbardziej wyrafinowanych refrenów w historii melodyjnego rocka. Za tą piosenką automatycznie poszły kolejne…

… czy jednak tak dobre? Ok, ten moment musiał w końcu nastąpić, nie da się wstępu ciągnąć w nieskończoność. Prędzej czy później musiałbym w tej recenzji zająć jakieś stanowisko wobec tego działa. A ja wciąż nie wiem co o nim myśleć.

Imponuje mi „OOTB” swym rozmachem. Jest to niewątpliwie najlepsze świadectwo jego geniuszu jako producenta i aranżera. Monolit, nawet jeśli składają się na niego minisuita (choć album jest wyraźnie podzielony na cztery części, to część trzecia opatrzona tytułem „Concerto For A Rainy Day”, rzeczywiście robi wrażenie najbardziej spójnej), „meksykanizujące” rockandrolle („Across The Border”), plemienne dziwolągi („Jungle”) czy syntezatorowe impresje na temat niewesołych losów delfinów („The Whale”). Na pewno jest to dzieło, które co bardziej analitycznie podchodzący do muzyki mogą bez końca rozkładać na czynniki pierwsze, co rusz wyłapując genialne harmonie, produkcyjne niuanse, kompozycyjne nieoczywistości itp itd. Ale ja jestem melodykiem, potrzebuję w pierwszej kolejności bezwarunkowo chwytających hooków i ujmujących melodii, a potem całego nadbagażu w postaci aranżacji, smaczków, dodatków, pierdół. Co zrobię, że „Turn To Stone” czy „It’s Over” nie zachwycają tak, jakbym od nich tego oczekiwał. Już wolę zupełnie niepozorny (choć także singlowy) „Wild West Hero”, który teoretycznie ma sporo wspólnego z westernem, choć ja bardziej słyszę tu wczesnego Eltona Johna. A najbardziej wolałbym, by ten album był krótszy – aby dotrzeć do tego „Wild West Hero”, trzeba mieć naprawdę spore samozaparcie.

Oczywiście wciąż jest to jedno z lepszych dzieł ELO. Ale najwybitniejszy ich album? Bardziej sztandarowy przykład „jak zachwyca, jeśli nie zachwyca”.

 

najlepszy moment: MR. BLUE SKY

ocena: 7,9/10

Leave a Reply