Electric Light Orchestra – A New World Record
rok wydania: 1976 (reedycja: 2006)
wydawca: Legacy
Przenosimy się w czasie. Trzy lata to w skali dzisiejszej fonografii tyle co nic. Ale te parę dekad temu w takim czasie kapele potrafiły poszerzać swoją dyskografię o mniej lub bardziej klasyczne pozycje, przeprowadzać tryumfalne pochody przez koncertowe stadiony świata i kilkakrotnie się rozpadać (by oczywiście zaraz znów powracać do żywych). ELO od czasu „On The Third Day” zdążył zarejestrować trzy albumy (w tym jedną koncertówkę) i zyskać miano jednego z najpopularniejszych zespołów w Stanach Zjednoczonych. A przy tym zostać klasycznym przykładem zespołu odnoszącego sukces wszędzie poza swoim rodzimym rynkiem. O ile jeszcze nagrane z Roy Woodem albumy zaznaczały swą obecność na brytyjskich listach przebojów, tak kolejne dzieła zupełnie nie mogły się przebić. Nie aby kogokolwiek z ekipy ELO to frustrowało – wszak najważniejszy, amerykański rynek był podbity. Poza tym kwestią czasu było, że i brytole wkrótce przekonają się o potędze Orkiestry.
Dlatego „A New World Record” można uznawać za przełom jedynie w kategoriach komercyjnych. Pod względem artystycznym album jest niczym więcej jak logiczną kontynuacją „Face The Music”. Moim subiektywnym zdaniem nawet odrobinę gorszą, bo nie wypadającą tak okazale w indywidualnych kategoriach piosenkowych, choć może ciut lepiej broniąca się jako całość.
Zobaczmy co my tu mamy… Otwieracz „Tightrope” nawet nie próbuje przeskoczyć poprzeczki zawieszonej przez wybitny „Fire On High” z wydanego rok wcześniej „Face The Music”, więc po podniosłym intrze przeistacza się w typową dla ELO poprockową piosenkę, z większym natężeniem pierwiastka „pop”. „Telephone Line” to obowiązkowy na każdym albumie ELO tribute dla Fab Four (tym razem konkretnie dla McCartney’a) z tym evergreenowym ,ujmującym zaśpiewem „uuuła, du łi du łu ła”. „Rockaria!” to, jak sama nazwa może sugerować, próba połączenia rockandrolla z operą. Udana (nawet jeśli ilość opery tutaj jest zdawkowa), chociaż niekoniecznie przerodziła się w równie udaną melodię. „Mission (A World Record)” to dość rozmemłana w efekcie finalnym zabawa formą i możliwościami studia produkcyjnego pod przykrywką progrockowania. „So Fine” to kolejny przykład geniuszu poprockowego songwritingu Lynne’a z zaskakującą, elektroniczno-perkusyjną wstawką w samym środku kompozycji. „Living Thing” to ELO niemal wizytówkowy, bo zawierający wszystko co dla siebie charakterystyczne – klasycznie świetny, instant-wpadający w ucho refren, harmonie wokalne wiadomo-kim-inspirowane, rozbuchany aranż z oscarowo drugoplanową rolą baterią smyków. „Above The Clouds” to dość unikalna rzecz, bo akurat do Beach Boysów Lynne nigdy się nie przyznawał, a tu proszę – wypisz wymaluj „Pet Sounds”. Dla odmiany „Do Ya”, jeszcze wzięty z czasów The Move (dla niezorientowanych – zespół Lynne’a i Wood’a, dla którego ELO początkowo był tylko side-projektem), to niby typowy także dla Orkiestry poprock, jednak z unikatowym fundamentem w postaci klasycznie brzmiącego hardrockowego riffu. Chyba mój ulubiony fragment głównego programu płyty. Kończymy rozmarzonym „Shangri-La” i uczuciem spełnionego przez zespoł obowiązku nagrania kolejnej fajnej płyty, jednak czy od razu klasycznej? I tu mam sporą wątpliwość. Może na wykresie byłby to jeden z wyżej położonych punktów, jednak na pewno niżej niż „Face The Music”. I właśnie widoczny na przykładzie tego wyimaginowanego wykresu spadek nie daje mi spokoju przy próbie oceny tego krążka.
Z pomocą przychodzą bonusowe w ramach reedycji bonusy. Bo o ile świat by nic nie stracił, gdyby zaprezentowane tu wczesne instrumentalne mixy niektórych z piosenek (m.in. „Telephone Line”, także w wersji z lekko zmienioną ścieżką wokalną) nigdy nie ujrzały światła dziennego, tak już „Surrender” jest numerem nie do przeoczenia. Choćby dlatego, że numer został ukończony na potrzeby reedycji, tym samym zyskując miano Ostatniej Piosenki Electric Light Orchestra. Dość zaszczytne miano, może nawet zbyt zaszczytne miano, jako że mówimy o dwuipółminutowej, skrajnie beztrosko brzmiącej pop-piosence. Ale właśnie – pomimo tej banalności (a może właśnie dzięki niej?), jest to tak ujmująca i chwytliwa od pierwszych sekund rzecz, że jak dla mnie będąca w absolutnym TOP5 piosenek tego zespołu. I mega żal, że pomimo chwilowego przebłysku na iTunesowej liście przebojów w roku wydania reedycji, numer jest już bez szans na awans do ELO’wej klasyki. El(o)itarny hit.
najlepszy moment: SURRENDER
ocena: 7,5/10