rageman.pl
Muzyka

Eagles – Hell Freezes Over

rok wydania: 1994

wydawca: Eagles Recording Co.

 

witajcie. ten no… mialo byc dzisiaj w sumie o czym ciezszym. poniewaz jednak troszke glowa mnie dzis, za przeproszeniem, napierdala po wczorajszej imprezie (ktorej pewnym echem jest poprzednia notka, ktora jednak postanowilem zostawic – coz, jak ktos zna mnie tylko od „recenzenckiej strony”, to teraz poznal mnie juz od innej), wiec bedzie o czyms lajtowym. a nic tak nie wchodzi na kaca jak muzyka country, heh.

poza tym niedawno poruszylismy temat Eagles, wiec go tymczasowo domknijmy. mowilismy o tym, ze wydany rok temu „Long Road Out Of Eden” to pierwsza plyta studyjna Orlow od 28 lat. prawda jednak jest taka, ze juz w roku reaktywacji -1994 – postanowili sie swiatu przypomniec wydawnictwem plytowym. nietypowym. bo niby koncertowka, ale jako bonus mamy 4 numery studyjne. od nich zacznijmy.

zaczyna sie swietnie – „Get Over It” to Eagles jakich najbardziej lubie. niby rock srodka, ale tak agresywni wrecz jak w tym numerze nie byli chyba nigdy. pewnie, sex pistols to to nie jest, ale wkurwieni Eagles to rzecz ktora warto odnotowac. potem niestety juz jest znacznie gorzej – „Love Will Keep Us Alive” to obrzydliwie mdla balladka, jak juz to okreslalismy przy okazji pdoobnych numerow na „RLOOE” – backstreet boys drugiego sortu. „The girl from yesterday” to zas mdly numer country. a „Learn to be still” to mdly numer tak po prostu. eh, mogli poprzestac na „Get Over It”. no ale trudno.

potem na szczescie mamy juz koncertowke. panowie siegneli glownie po najwieksze hity. jest wiec „Desperado” zamykajace calosc, jest pierwszy przeboj „Take It Easy”, jest przeokrutnie irytujacy „I Can’t Tell You Why” no i cudny, akustycznogitarowy „Hotel California”. w sumie ciezko cos zarzucic tym piosenkom – technicznie az podejrzanie poprawnie to wszystko brzmi. a kontakt z publika, energia, spontan? nie ten zespol, nie te drzwi. owszem, jakies dialogi z publika sa, ale o wspolnym spiewaniu, wyczuwalnej chemii blablabla mozna zapomniec. to zespol do kontemplowania. nie aby to jakis zarzut byl. bywaja i takie zespoly przeciez.

mi osobiscie najbardziej tutaj jednak urzeka „New York Minute” z solowego dorobku Henleya. nietypowa aranzacja, magiczna partia trabki i „uuuu” w refrenie, za ktore dalbym sie pokroic. dowod na to, ze w spolce kompozytorskiej Henley/Frey to ten pierwszy byl sila napedowa i prawdziwym rokendrolowcem, a ten drugi zwyklym countrowym wiesniakiem. i pare osob by sie zgodzilo z tym.

 

najlepszy moment: GET OVER IT

ocena: 6,5/10

Leave a Reply