Bruce Springsteen – Tunnel Of Love
wydawca: Columbia
dzien dobry drodzy czytelnicy. dzis bedzie o… tak tak, zgadliscie. o kolejnym dziadku. ale mysle ze moze Wam on bardziej przypasc doo gustu niz Eagles. ma wieksze jaja, to na pewno. nic dziwnego zreszta. w koncu jest Bossem.
czemu ta plytka? a bo tak! poniewaz jest to jedna ze smutniejszych rzeczy w jego dorobku. coz, slawa i hajs, jakie sie pojawily w zwiazku z sukcesem „Born in the USA”, a takze respekt w zwiazku z „Nebraska”, szczescia nie daly. a konkretniej rzecz ujmujac – malzenstwa nie utrzymaly przy zyciu. i o rozpadzie wieloletniego zwiazku jest generalnie ta plyta. chociaz zaczyna sie dosyc nietypowo – bo „Ain’t got you” brzmi jak zywcem wyjety z repertuaru Elvisa Presleya. no ja rozumiem, ze koles uwielbia ameryke, ale…. nie. potem juz jest „normalniej. czyli liryczny glos Boss, spokojniejsze aranzacje (choc zdarzaja sie „wyskoki” jak „Spare parts”)… no wlasnie, aranzacje. tez nietypowa ta plyta, bo nie towarzyszy Bruce’owi E Street Band jak to wczesniej bywalo. mi to jakiejs wielkiej roznicy nie robi… bo est co sluchac. zwlaszcza w drugiej, spokojniejszej czesci plyty. tytulowy, singlowy track jeszcze brzmi dynamiczniej, ale pozniej juz sie zaczynaja Smuty. muzyczne i liryczne. i to jest to, co rejdzmenom podoba sie najbardziej. takiego Bossa lubie najbardziej. tracacego na kilometr Ameryka, smucacego, ale takiego przynudzania akurat moge sluchac.
najlepszy numer? no sam nie wiem. tyulowy jest przy calej swej goryczy ultraprzebojowy. ale te hmmm ?piszcrczalki? w „Two faces”… kurcze no… a cudny, porywajacy refren „Brilliant Disguise”? a, i jeszcze te syntezatorki w „Valentine’s Day”… choc za chorki zenskie w „One Step Up” tez dalbym sie pokroic. o! wyroznijmy ten numer! dlaczego? bo te chorki w numerze naleza do przyszlej zony Bossa (choc sam numer jest jak najbardziej o bylej malzonce). niech zyje przewrotnosc losu!
najlepszy moment: ONE STEP UP
ocena: 8/10
