rageman.pl
Film

Dzikość serca

rok: 1990

reżyseria: David Lynch

 

Ten wpis miał się i tak pojawić tu prędzej czy później, w ramach serii recenzji z Timeless Film Festival. Pojawi się prędzej – z tego powodu, iż dwa dni temu pożegnaliśmy Diane Ladd, grającą tu drugoplanową, acz kluczową dla fabuły rolę. Rolę, dodajmy, jedną z najlepszych w jej karierze, za którą zgarnęła nominację do Oscara. Smutna to więc okazja do pisania o „Dzikości”, ale lepszej chyba już nie będzie.

Piszemy o klasyce filmowej, zakładam więc że nie ma sensu przytaczać fabuły i przejdę od razu do konkretów: otóż przyznam szczerze, że kiedyś zwyczajnie nie lubiłem tego filmu. Nie czułem tego kiczu, niezależnie czy świadomego lub nie, pstrokatości, klimat całości wydawał mi się nie tyle ciężki (bo to nie nowość u Lyncha), co wręcz nieznośny. I choć w mojej prywatnej Lynchowskiej hierarchii dalej plasuje się on niżej niż wyżej, to chyba żaden inny jego film nie przeszedł u mnie takiego przewartościowania jak właśnie „Dzikość serca”.

Oczywiście dalej jest on groteskowo kiczowaty i być może dostrzegam to dziś jeszcze mocniej. Jeśli kicz może się różnie starzeć, to tutaj nie każdy kicz się dobrze zestarzał. Jak np. ta potańcówka przy dźwiękach speed metalu – ba, być może na tamten moment (przypomnijmy, był rok 1990, jednym z najpopularniejszych nurtów w muzyce był glam metal) ten pomysł wydawał się całkiem klawy. Ale już wycięcie wszystkich tych wróżek i wiedźm przewijających się przez ekran pozbawiłoby całości sensu. Bo w tym wszystkim chodzi o opowiedzenie Baśni. Baśni o Najwspanialszej Miłości w Historii, na przekór wszystkiemu – zaborczej matce, ale też całemu światu. Światu przepełnionego złem i bezsensowną przemocą – czyli takim, jakim zazwyczaj widział go Lynch w swojej twórczości.

Gdyby zresztą spróbować ocenić „Lynchowskość” tego filmu, powiedziałbym że plasuje się on gdzieś w połowie stawki. O kiczu, wcale nie tak często wykorzystywanym narzędziu przez Lyncha, już wspomniałem. Ale też powiedziałbym że jest to film dość przejrzysty, żeby nie powiedzieć prosty. Nie ma tu mącenia w czasie i przestrzeni, nie ma zacierającej się granicy między jawą a snem, jeśli widzimy wspomnienia z przeszłości to ich osadzenie w całości jest dość czytelne. Nie ma tu przede wszystkim żadnego szyfrowania i konieczności łączenia kropek, które znamy z filmów późniejszych czy równolegle kręconego „Twin Peaks” – co bynajmniej nie oznacza porzucenia symboliki, jednak powinna być ona zrozumiała dla każdego choć trochę ogarniętego widza. No i ten Elvis Presley – chociaż Lynch zawsze miał słabość do dźwięków z lat swojej młodości, to akurat Król Rock And Rolla reprezentował wrażliwość niekoniecznie korelującą z tym, do czego nostalgiczny z natury Lynch nas przyzwyczaił sięgając w filmach po muzykę np. Roy’a Orbisona.

Ale też widzimy w „Dzikości” świat doskonale znany z filmów nieodżałowanego reżysera, przepełniony przedziwnymi osobowościami. Dodajmy, że o dość znajomych twarzach, bo Lynch ponownie zaprosił na plan 3/4 osób ze swojego kajecika z kontaktami (w tym sporo aktorów z którymi w tym samym czasie pracował na planie „Twin Peaks”). Pierwsze skrzypce gra jednak dwójka, a nawet trójka aktorów – bo tu trzeba wspomnieć ponownie o Diane Ladd i jej demonicznej wręcz kreacji. Scena, w której obmalowała całą twarz czerwoną szminką dekady temu prześladowała mnie w koszmarach równie często co Cruella De Mon ze „101 dalmatyńczyków”. Ani Lynch ani Ladd nie bawią się tu w niuanse i niejednoznaczności – Marietta Fortune jest zła do szpiku kości, bo po prostu tak – przyćmiewając w swym demoniźmie nawet Willema Dafeo (chociaż kiedyś uważałem, nie wiedzieć czemu, że jego Bobby Peru to taka gorsza wersja Franka Bootha z „Blue Velvet”). Wszak jest to baśń, więc trzeba jasno rozgraniczyć postaci złe i dobre.

Przejdźmy więc do Dobra. Tak w charakterze, jak i jakości kreacji. Sailor i Lula. Nie wiem czy kojarzę drugi taki film (nie tylko Lyncha) z taką miłosną chemią. Nie mają wątpliwości oni, tym bardziej nie mamy my jako widzowie, że jest to miłość aż do grobowej deski. Legenda głosi, że Lynch od momentu przeczytania książki na kanwie której napisał scenariusz (warto wspomnieć, że autor literackiego pierwowzoru, Barry Gifford, kilka lat później współtworzył „Zagubioną autostradę”) od razu wiedział kogo obsadzi w rolach głównych. I trzeba przyznać, że miał wyjątkowego nosa. Bo o ile Laura Dern jest jedną z wiodących postaci w uniwersum DL (chociaż „Dzikość” była dopiero drugim ich wspólnym filmem), tak Nicolas Cage był dość nieoczywistym wyborem – nawet jeśli w tym czasie był wciąż kojarzony z ambitniejszym kinem. Jak wiemy, Cage to typ aktora który nie zna słowa „przeszarżować”, co w latach późniejszych kończyło się dla niego tragicznie, ale tutaj zadziałało w pełni. Jest Królem tutaj. I jeśli mówi o miłości do swej kurtki ze skóry węża to ja wierzę, że to miłość nie mniejsza niż do Luli. To powinien być Oscar.

Z tym filmem jest trochę jak z Liverpoolem w tym sezonie Premier League, gdzie mieli od groma punktów a i tak nie zostali mistrzami. „Dzikość serca” wciąż pozostaje jednym z najmniej lubianych przeze mnie filmów Davida Lyncha – ale wyłącznie dlatego, że inne są Jeszcze Lepsze.

 

najlepszy moment: „LOVE ME TENDER” OCZYWIŚCIE

ocena: 8,75/10

Leave a Reply