rageman.pl
Film

Blue Velvet

rok: 1986

reżyseria: David Lynch

 

Bywają proste recenzje – jak np. te, kiedy znęcasz się nad dziełem powszechnie uważanym za gówno, lub kiedy wystawiasz (kolejną) laurkę czemuś, co powszechnie jest wychwalane. Poziom trudności wzrasta, kiedy odważysz się podnieść rękę na świętość, lub kiedy zamierzasz bronić czego wybronić się nie da.

Dzisiejszy przypadek jest jeszcze trudniejszy. Bo oto na tapet bierzemy „Blue Velvet”, obwołany arcydziełem kinematografii, nazywany najlepszym i zarazem najpopularniejszym filmem Davida Lyncha. I nie zamierzam twierdzić, że jest zgoła inaczej – to wciąż fantastyczny film. Ale z pominięciem porażki artystycznej jaką moim zdaniem był „Inland Empire” i powstałą de facto na zlecenie „Diuną”, „BV” jest nie tylko moim najmniej ulubionym filmem Lyncha – ale wysuwam tezę, że jest to film dla ludzi, którzy wcale Lyncha nie lubią.

Jak to – zapytacie – a nie zupełnie nieLynchowska „Prosta historia” lub nawet „Człowiek słoń”? No nie. Bo to są rzeczywiście filmy trochę poza skalą, nawet jeśli zawierają sporo elementów charakterystycznych dla twórczości DL. Natomiast „Blue Velvet” to jest, można rzec, Lynch Optymalny. Wystarczająco mroczny, dwuznaczny, dziwaczny, niepokojący, by uznawać go za pełnoprawnego reprezentanta stylu reżysera. A z drugiej strony – na tyle linearny, nie dający możliwości do miliarda interpretacji, nie wymagający wielogodzinnego rozgryzania, by z niskim progiem wejścia stanowić dobre wprowadzenie do świata DL. I ok, od czegoś trzeba zacząć przygodę z czyjąś twórczością. Ale kiedy już wsiąkniesz w tę twórczość, to czy nie patrzysz wstecz na to od czego zaczynałeaś i nie myślisz „eee, to lightowe było”? Nie chcę obrażać obrazoburczymi porównaniami, ale wiecie – każdy kto skończył na Cannibal Corpse zaczynał od jakiegoś Linkin Park czy innego The Offspring, a ci co zachwycają się Tokarczuk zapewne wcześniej zaliczyli Mroza czy nawet Coelho.

Ale zbalansujmy, bo trochę popłynęliśmy – jest w „Blue Velvet” od groma elementów wybitnych. Przede wszystkim – Frank Booth. Człowiek, przed którym nawet BOB z „Twin Peaks” się kłania. Nie byłoby tej postaci gdyby nie nieodżałowany Dennis Hopper, który wielokrotnie udowadniał, że „potrafi w psycholi” – ale tu wyszło mu to zdecydowanie najlepiej. Wspaniały „powtórny debiut”, po nieudanej „Diunie”, zalicza tu Kyle McLachlan. Sam Lynch wielokrotnie twierdził, że KL w jego filmach stanowi niejako jego alter ego, z całą tą jego naiwnością i ciekawością świata – i być może Jeffrey w „BL” oddaje to jeszcze lepiej niż Agent Cooper w „TP”. Oddajmy też cześć żeńskiej obsadzie filmu – magnetyzującej Isabelli Rossellini oraz słodko niewinnej Laurze Dern w roli Sandy.

Słodko niewinnej… no właśnie. Ktokolwiek oglądał chociażby „Twin Peaks” ten wie, że Lynch miał jakąś dziwną słabość do przesłodzonych klimatów, zwłaszcza w dialogach – i to traktowanych całkiem nieironicznie. I ja rozumiem, że zastosowanie ich w „Blue Velvet” miało podkreślić niewinność Jeffrey’a i jego relacji z Sandy, także na zasadzie kontrastu z mrokiem świata do którego Jeffrey wkroczył wraz z poznaniem Dorothy Vallens. ALE. Słuchanie dialogów z „Blue Velvet” to ten jeden jedyny raz przy obcowaniu z twórczością Lyncha, kiedy autentycznie czuję ciarki zażenowania. Mówi się, że np. takiemu Denisowi Villeneuve przeszkadzają dialogi w jego filmach. I mam wrażenie, że na etapie „Blue Velvet” dokładnie tak było z Lynchem. Bo kiedy się patrzy na te kadry – zachwyt. Kiedy zaczyna przygrywać debiutujący w świecie Lyncha Badalamenti – zachwyt. A kiedy Jeffrey głosem MacLachlana zaczyna mówić…

Ale podkreślę – to wciąż jest świetny film. Po prostu nie rozumiem jak, znając takie filmy jak „Mulholland Drive”, „Głowę do wycierania” czy „Lost Highway” (nie mówiąc już o całym uniwersum Twin Peaks), można uznawać „Blue Velvet” za szczytowe dokonanie Davida Lyncha.

 

najlepszy moment: FRANK BOOTH

ocena: 8,5/10

Leave a Reply