Marcus Miller
gdzie: Polska Filharmonia Bałtycka, Gdańsk
kto: Marcus Miller
Być może niezbyt dobrze to o mnie świadczy, ale byłem po raz pierwszy w sali koncertowej Filharmonii Bałtyckiej, a drugi raz w sali jakiejkolwiek filharmonii. No cóż, tak gust muzyczny podryfował i się tego nie wstydzę. I myślę że ta statystyka pozostałaby tak skromna gdyby bohater dzisiejszej notki, który z muzyką poważną aż tak wiele wspólnego nie ma, nie wybrałby tego skądinąd przepięknego miejsca na miejsce kolejnego koncertu w Polsce.
Do Marcusa Millera mam spory sentyment z co najmniej kilku, powiązanych zresztą z sobą powodów. Po pierwsze, jako niespełniony grajek basowy zawsze z westchnieniem spoglądałem w kierunku wirtuozów czterech strun. Jasne, głównie rock/metalowych, ale od kiedy po raz pierwszy usłyszałem Jaco Pastoriusa czy właśnie Marcusa Millera uznałem, że muszę poszerzyć paletę swoich zainteresowań także o muzykę jazzową. I jakoś na początku ubiegłej dekady zacząłem eksplorować te rejony, głównie dzięki kolekcji mojego Ojca. Nie będę zgrywał melomana – bardzo często nie rozumiałem tego co słyszałem. Ale też myślę, że na niektóre podgatunki jazzu było wciąż za wcześnie. Natomiast jazz fusion wlazło mi jak złe. Także Marcus Miller – nie tylko solowy, ale też jako sideman i producent późnego Milesa Davisa.
Tu dochodzimy do trzeciej kwestii, czyli muzyka Marcusa Millera jako soundtrack lat dziecięcych. Ojciec mój, meloman i audiofil w jednym, wyjątkowo upodobał sobie płytę „The Sun Don’t Lie” – co zresztą doskonale zrozumiałem po latach, album brzmi jak żyleta. Dlatego też dla mnie dźwięki takiego „Panther”, szczególnie te syntezatorowe wstawki, ewokują mi dzieciństwo na podobnej zasadzie co smak gumy Turbo czy oranżady Vibovit.
Nie muszę więc mówić, jakie fala radości na mnie spłynęła kiedy to właśnie „Panterą” Marcus zaczął koncert (co wcale takie oczywiste nie było biorąc pod uwagę, że ma tę dyskografię dość pokaźną) – tym bardziej, kiedy wspomniany Ojciec siedział obok mnie. I może brzmiało to trochę surowiej niż na albumie, ale i tak lepszego początku nie mógłbym sobie wymarzyć.
A potem nie było gorzej. O ile w muzyce popularnej opieranie swoich setów na coverach nie jest zbyt dobrze widziane, tak w jazzie to nie problem, bo też trudno mówić tu o coverach sensu stricte – to po prostu standardy, elementarz gatunku, aktualny też za 100 lat. Fakt, „Run for Cover” Davida Sanborna czy „Red Baron” Billy’ego Cobhama aż tak posunięte wiekiem nie są, ale w pełni zasługują by być określane mianem klasyków. No i w przypadku tego pierwszego w jego powstawaniu brał udział sam Miller, co tym bardziej uzasadnia uwzględnienie w setliście. Podobnie zresztą jak reprezentantów „Amandli” i „Tutu” Milesa Davisa, obu wyprodukowanych przez basistę. Szczególnie poruszył z tego zestawu „Mr. Pastorius”, wiadomo z jakich względów. Chociaż jednak najbardziej poruszającym momentem był „Gorée”, wraz z jego długą zapowiedzią, w której bohater wieczoru opowiedział o inspiracji stojącej za utworem, jaką była wyprawa do Senegalu i widziane tam pozostałości po handlu niewolnikami.
Swoją drogą, nie wiem czy jazzmanom w wydaniu koncertowym bliżej do gaduł czy mruków – ale Millerowi zdecydowanie bliżej do pierwszej grupy. Oczywiście bez elementów głupawki, wszak mówimy o 60-letnim panu które swoje w życiu przeszedł. Ale facet, nawet jeśli formuła koncertu niespecjalnie testowała jego kondycję, trzyma się tak, że niejeden małolat mógłby mu pozazdrościć. Rzecz jasna nawet aranżacja sceny nie pozostawiała wątpliwości kto tu jest najważniejszy – podest na środku sceny, a na środku Król. Ale żaden król nie poradziłby sobie na tak intensywnej wyprawie koncertowej bez swojej Gwardii – tutaj w 5-osobowym składzie. I niesprawiedliwym byłoby wyróżniać któregokolwiek z kompanów Millera, acz muszę przyznać, że największa magia – poza solówkami MM rzecz jasna – roztaczała się w sali przy solówkach na trąbce. Bliżej koncertowego Milesa Davisa niż w tych momentach zapewne już się nie znajdę.
Rozochocił mnie ten koncert. Może by tak teraz na jakiegoś Pata Metheny’ego albo Johna Scofielda pójść?
najlepszy moment: obiektywnie pewnie GORÉE, ale subiektywnie jednak pozostanę przy PANTHER
ocena: 8,5/10