ABBA – ABBA: The Album
rok wydania: 1977 (reedycja: 2001)
wydawca: Polar
Czy to już monotematyczność? Czy ten blog wróci do normalności i będziemy pisać o czymś innym niż o meczach, śmierci muzyków, filmach i Abbie? Nie wiem, ale jeśli mam być szczery to niespecjalnie mnie ta sytuacja przejmuje, zwłaszcza jeśli popatrzę na słupki wejść na bloga w ostatnich kilku tygodniach. A zatem luknijmy znów do Szwecji.
Jeśli „Arrival” powszchnie uważany jest za szczytowy moment kariery Abby pod względem artystycznym, tak „The Album” pamiętany jest głównie za sukces komercyjny (choćby w Europie Wschodniej). I choć ciężko wypowiedzieć się jednoznacznie negatywnie o piątym albumie kwartetu, tak nie mogę przestać myśleć o nim jako chwilowej zadyszce, szybko wyeliminowanej przez „Voulez-Vous”, na którym już w pełni wkroczyli w erę disco.
Wartość pełnogrających dzieł Szwedów zawsze wyznaczana była przez bilans hitów i strzałów może nie tyle poza tarczę, ale na jej krańcach. Nie inaczej jest tutaj, jednak tym razem stosunek plusów do minusów nie wypada już tak miażdząco na korzyść tych pierwszych. „Take A Chance On Me”, choć genezę powstania ma ciekawą (w sensie że zaczęło się od onomatopei „t-k-ch”), a i szacunek wzbudza sukces komercyjny przebijający nawet „Dancing Queen”, to chyba już nigdy nie zachwycę się tym utworem. Lepiej wypada drugi hicior, musicalowo dostojny „Thank You For The Music”, ale i ten blednie przy „S.O.S.”, „Fernando” czy „Knowing Me Knowing You”. „The Name Of The Game” ma świetną instrumentalizację, opartą na bassowym groovie i muśnięciach gitary, ale my mówimy nie o prekursorach funku, a o królach popowej melodii, a w tym numerze tej wielkości akurat nie udowadniają.
Bardziej jednak od mniej udanych singli boli kilka momentów dostarczających pożywki abba-hejterom, dla których Agnetha i spolka to kicz, tandeta, a przede wszystkim biesiada. „Move On” to przecież wypisz- wymaluj klimaty „Sun Of Jamaica”, które nie powinny wychodzić poza weselny parkiet. „One Man, One Woman” to chybiony kandydat na Eurowizję, „Hole In Your Soul” to średnio przekonywujące echo wcześniejszych poszukiwań glamowych. Nie kupuję – poza częścią „Thank You For The Music” – próby stworzenia musicalowej mini-suity. Dla odmiany otwierający całość „Eagle” (najdłuższa kompozycja w historii zespołu) rzeczywiście ma coś w sobie epickiego. Dobra rzecz.
„The Album” to najlepsze świadectwo grzechów Abby. Na szczęście szybko odkupionych przez kolejne albumy.
(Jeśli chodzi o bonusy – tylko jeden. Na dodatek niepotrzebny, bo „Thank You For The Music” w oryginale brzmi wystarczająco cheesy, by poprawiać go jaką Doris-Day-wersją)
najlepszy moment: THANK YOU FOR THE MUSIC
ocena: 7/10