Dire Straits – Alchemy: Dire Straits Live
rok wydania: 1984 (reedycja: 1996)
wydawca: Vertigo
jednak mozna to uznac za fakt: Wielka Brytania jest najfajniejszym regionem muzycznym. a na pewno fajniejszym od Stanow Zjednoczonych. angole dali nam The Beatles, Rolling Stones i Led Zep. a jak jacys fajni muzycy lub kapele narodza sie gdzie indziej, to z checia ich przygarna na swe lono, vide Nick Cave czy kapele nowej rockowej rewolucji pokroju Kings Of Leon czy Interpol. Dire Straits akurat nie mial problemow ze zrobieniem kariery na calym swiecie, ale ich takze mozna uznac za kolejny dowod zajebistosci UK.
okej, wiem ze jestem w tej ostatniej opinii odosobniony. wiem, ze trudno uznac zespol nopflera za specjalnie inspirujacy. nie udalo im sie wydac jednoznacznie wybitnej plyty. jedyna, ktora moznaby za takowa uznac – „Brothers in arms” – przerosl troche jej obrzydliwie wielki sukces komercyjny. ale no co ja zrobie, ze mi sie ich tak zajebiscie slucha?
mozna takze w pewnym stopniu zarzucic Dire Straits brak kregoslupa moralnego? artystycznego? w kazdym badz razie poza gitara i glosem lidera absolutnego niewiele laczy wszystkie szesc plyt zespolu. dlatego ciezko wybrac plyte, ktora najlepiej by oddawala istote grania tejze zalogi.
ja bym obstawil jednak „Alchemy”. ktora, by bylo ciekawiej, jest koncertowa. dlaczego akurat ona? abstrahujac od tego, ze sama w sobie jest swietna – biorac pod uwage interakcje z publika, wykonanie, dobor utworow i sama ilosc muzyki (2 plyty, 90 minut) – portretuje zespol w byc moze najciekawszym jego okresie.
trasa, podczas ktorej zarejestrowano material, promowala czwarty album „Love over gold”. sama plyta moze nie jest, przynajmniej wg mnie, wybitna (choc mocno udana na pewno), ale pchnela zespol w dosc ciekawym kierunku. progresywnym. tyle ze progresywnosc w wydaniu DS oznacza przede wszystkim znacznie bogatsza aranzacje utworow (poza instrumentarium oczywistym – pianino, klawisze, instrumenty perkusyjne, saxofon) oraz zabojcza niemal dawke improwizacji. innymi slowy – jeszcze nie stadiony, jakie przyjda za sprawa sukcesu „Brothers in arms”, ale juz forma pretendujaca do goszczenia na takowych.
w tym kontekscie najfajniej wypadaja najstarsze utwory. niesamowicie wybrzmial pierwszy hit, „Sultans of swing”. rozciagniety do ponad 10 minut, z przekozacka gra perkusji (na trasie gral juz nowy perkman, Terry Williams, dysponujacy znacznie wiekszym rockowym feelingiem niz poprzednik). sliczny juz w oryginale „Romeo and Juliet” wzbogacono rozkladajaca na lopatki koda. otwierajacemu calosc „One Upon A Time In The West” w wersji z tej koncertowki tez blizej do „Love Over Gold” niz „Communique”.
w przypadku numerow z „LOG” juz takich zaskoczen oczywiscie nie ma. kapitalnie wypada „Private Investigations” za sprawa kooperacji basu z klaskaniem publicznosci. „Tunnel Of Love” juz na „Making movies” wyroznial sie epickoscia wrecz i nie inaczej jest w nowej wersji. natomiast nigdy nie skumam podjarki „Telegraph road” i koncertowa wersja niczego nie zmienia. przerost formy nad trescia jak dla mnie. zupelnie nie przekonuje mnie rarytasowy „Two young lovers”. dire straits w takiej wesolkowatej, pseudobigbandowej wersji mnie odrzuca.
koncert niemal perfekcyjny. oczywiscie dla tych, ktorzy tak jak ja maja mega slabosc do muzyki tego zespolu. i nie zamierzaja z tym walczyc.
najlepszy moment: ROMEO AND JULIET
ocena: 8,5/10