rageman.pl
Muzyka

De La Soul – De La Soul Is Dead

coverrok wydania: 1991

wydawca: Tommy Boy

 

„De La Soul nie żyje”? Niby kolejny żart ze strony zespołu, który absurdalną odmianę humoru uczynił jedną ze swoich kart przetargowych w rap grze. Ale też kolejny żart o znacznie głębszym znaczeniu niż chęć zwykłej prowokacji.

Dużo tu zresztą kolejnych rzeczy. Kolejny raz za produkcję odpowiada w całości Prince Paul, dostarczając pysznych oldskulowych beatów duszonych w samplowym sosie. Rapersko kolejny raz wspomaga trio młodziutki Q-Tip z A Tribe Called Quest. Kolejny raz też całość jest mocno rozrzedzona skitami. Choć w tym aspekcie akurat jest o tyle inaczej, że mamy dość wyraźnie zarysowaną myśl przewodnią tych przerywników. A właściwie dwie myśli – w jednej z nich chodzi o audycję w fikcyjnym radiu, które gra tylko piosenki De La Soul, według drugiej słyszane w skitach głosy kilku jegomości należą do fanów gangsta rapu, którzy , co słychać, dość pogardliwie traktują takie „dziwaczne” granie uprawiane przez De La Soul. Mimo iż komentowany przez nich materiał dość mocno odbiega klimatem od „3 Feet And Rising”.

No właśnie – pomimo ponownego zastosowania kilku podstawowych składników całość smakuje znacznie inaczej od debiutu. Najkrócej rzecz ujmując – panowie starają się zachować powagę. Nie zawsze to wychodzi, kilka kawałków przypomina o czystej beztrosce uprawianej dwa lata wcześniej („A Rolling Skating Jam Named „Saturdays””!, „Keepin’ The Faith” z tym samym samplem, który później Warren G postanowił uczynić sercem swego hiciora „Regulate” ). Ale już komentarz do zjawiska gangsta rapu w „Afro Connections At Hi 5 (In The Eyes Of The Hoodlum)” dość swobodnym krokiem stąpa pomiędzy ironią a atakiem. Podobnie zresztą jest w przypadku „My Brother’s A Basehead” o pladze uzależnień od cracku, jaki przetaczał się wśród afroamerykanów w tamtym czasie. O ile w obu utworach humor jest wyczuwalny, nawet jeśli w jego gorzkiej odmianie, tak „Millie Pulled A Pistol On Santa” z historią dziewczyny zabijającej seksualnie molestującego ją ojca to rzecz nie do pomyślenia na poprzednim longpleju. A w kontekście wytypowania utworu na singiel – dość radykalna próba zerwania z hippisowską łatką, jaką im przypisano przy okazji pierwszej płyty.

D.A.I.S.Y. Age dobiegł na tym albumie końca. Żadnych pacyfek, żadnych stokrotek (zresztą, okładka jest dość wymowna w tej kwestii). Na szczęście ostała się wysoka jakość i, co najważniejsze, przebojowość. „Ring Ring Ring (Ha Ha Hey)” na zawsze pozostanie dla mnie tym najważniejszym utworem De La Soul jako wprowadzającym w temat, na zawsze skojarzonym z moją zajawką MTV w latach dziecięcych, niekoniecznie jednak w tej albumowej, trochę gorszej wersji uboższej o genialną partę saxu. O świetnych „A Rolling…” i „Keepin’ The Faith” wspomniałem. A trzeba jeszcze uwzględnić ujmujące „Talkin’ Bout Hey Love”, oszczędniejsze w brzmieniu „Peas Porrighe Hot”, „Shwingalokate”, „Let,, Let Me In”… Trochę boję się tego spostrzeżenia, ale jeśli miałbym wymieniać swoich faworytów, to ich liczba mogłaby odrobinę przebić kultowy debiut.

Status quo zatem zachowane – De La Soul wciąż stanowili forpocztę ambitnej odmiany rapu.

 

najlepszy moment: KEEPIN’ THE FAITH

ocena: 9,25/10

Leave a Reply