De La Soul – 3 Feet High And Rising
wydawca: Tommy Boy
Przerywamy cykl recenzji wydawnictw Pretty Lights. Okazja jest wyjątkowa i choć w piątkowej notce całkowicie pominąłem walentynkowy wątek, Święto Zakochanych postanowiło siłą wtargnąć na tego bloga. Otóż tego dnia, a zarazem w związku z dwudziestopięcoleciem wydania debiutanckiego albumu, legendarny rapowy skład De La Soul postanowił udostępnić w necie za darmo… całą swą dyskografię, na 25 godzin. Ok, zabrakło najświeższego (nienajlepsze słowo w kontekście albumu z 2004 roku) „The Grind Date”, zapewne w związku z innym od pozostałych krążków wydawcą, ale i tak sprawa dosyć gruba – wszak mówimy o bagatela siedmiu długograjach. Być może o akcie czystego szaleństwa ciężko mówić, bo raz – jak sami zainteresowani mówią, w związku z nadzwyczajną zawartością sampli na ich wydawnictwach, opublikowanie ich w sklepach internetowych ze względów prawnych stawało się coraz bardziej niemożliwe. Druga kwestia ma jeszcze smutniejszy wymiar. Nie ma co ukrywać, legendę tego tria dosyć mocno pokrył kurz – znacznie bardziej aniżeli innych klasyków z tamtych czasów pokroju RUN DMC, A Tribe Called Quest czy nawet Public Enemy – i takiego rodzaju happening ma spory pierwiastek promocyjny, będąc szansą na przypomnienie o sobie światu. Nie zgubmy w tych dywagacjach sedna sprawy – mówimy o potężnym geście bez precedensu ze strony jednego z najistotniejszych bandów w historii kultury hip hop (oraz muzyki w ogóle), za który należy się szacunek. I choć cała akcja nie zwalnia z obowiązku posiadania tych albumów na legalnych nośnikach, wykorzystajmy okazję do przeglądu dyskografii Posdnuosa i spółki. Zaczynajmy zatem.
Startujemy z wysokiego C. Jeden z największych debiutów rapowych … co ja godom, jeden z największych rap-albumów ever. Płyta, która ukazując się w czasach, kiedy rap był kojarzony głównie z gangsterskim klimatem, a w najlepszym razie z publicystycznymi zajawkami, stanowiła ewenement dający narodziny alternatywnej odmianie rapu – o ile określenie „alternatywa” pasuje do artystów, którzy po prostu bawili się rapem, przywracając mu luz i pozytywny przekaz. Oczywiście nie zapominając o absolutnych pionierach gatunku jeszcze z początku lat 80-tych, odpowiedzialnych za podwaliny całego gatunku – wszyscy ci artyści będący ponad coastowym konfliktem lat 90-tych pokroju Outkast, The Roots czy Fugees największy dług zaciągnęli najprawdopodobniej u De La Soul i ich debiutu. Najlepiej ujął to recenzent „Rolling Stone” – jeśli Public Enemy to punkowy odłam hip hopu, to De La Soul nie wypada inaczej określić niż czołowym reprezentantem new wave’owego hip hopu. No i wreszcie – mówimy o albumie, który trafił do działu audio Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych jako zapis dźwiękowy o znaczeniu historycznym. Czy trzeba więcej dowodów na to, że sprawa jest gruba?
Nawet jeśli zgodzę się, że siła oddziaływania „3 Feet High And Rising” jest dziś trochę mniejsza niż te 25 lat temu, to wciąż jest to kopalnia genialnych brzmień, bezbłędnych wersów i uzależniających melodii. Ocena końcowa zależy od tego, jak bardzo cenimy sobie zwartość i esencjonalność w muzyce – ja osobiście bardzo, przez co ciężko z czystym sumieniem postawić debiut De La Soul obok takiego „Illmatica”, gdzie nie znajdziemy ani jednego zbędnego dźwięku, a całość trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej sekundy. Niby na omawianym tu krążku nie ma fragmentów ewidentnie do odstrzału, ale spokojnie jestem w stanie wyobrazić sobie ten album krótszy o jakieś 10 minut. „To co byś wyrzucił, mądralo?” – nie wiem, błagam, głośno pomyśleć nie można?
Skoro o pretensjach mowa – warto zauważyć, że to ten album dał narodziny także zjawisku zwanemu „skitami”. Tutaj bez wątpienia zabawnymi, udowadniającymi poczucie humoru muzyków. Biorąc jednak pod uwagę fakt, iż rapowi wykonawcy najczęściej ocierają się o żenadę właśnie przy okazji skitów, być może lepiej dla muzycznego świata byłoby, gdyby panowie opatentowali pomysł.
Niech minusy nie przysłonią nam plusów – mówimy tu o albumie, który nie bez powodu czasem nazywa się „Sierżantem Pieprzem Hip Hopu”. I rzeczywiście, słuchając go ma się nieodparte wrażenie, że panowie z De La nie stawiali tu sobie absolutnie żadnych ograniczeń. I nie chodzi tu o żonglerkę stylistykami – chyba że w obrębie dobieranych sampli. Chodzi bardziej o dość mocno wyluzowane podejście do idei piosenki, tego co „wypada” w niej zawrzeć – o ile „Me, Myself & I” czy „Eye Know” to definitywne, oldskulowe hiciory, tak już w przypadku „Potholes In My Lawn” to jodłowanie nawet takiego liberała muzycznego jak ja potrafi wyprowadzić w równowagi. Choć nie ma powodów, by nie być rozbrojonym takimi fragmentami jak „Do As De La Does”, to problem z ich zaklasyfikowaniem (skit to czy już normalny numer?) też potrafi wywołać lekkie uczucie dyskomfortu.
Jedno jest pewne – użycie śmiesznych papierosków może bardzo wpłynąć na odbiór tego albumu. Ale i bez nich widać tu jak na dłoni, że mamy do czynienia z rzeczą dziejową, płytą z „własnym światem” na modłę wspomnianego „Sierżanta”, „Bitches Brew” czy, trochę z innej beczki, „Roots”. Albumem, który się doświadcza. Trzeba znać.
najlepszy moment: ME, MYSELF & I
ocena: 9/10
