De La Soul – Buhloone Mindstate
wydawca: Tommy Boy
Takie zwierzenie na początek: też tak macie, że pewni ludzie wywołują u Was irytację, mimo iż nie macie na to absolutnie żadnych racjonalnych argumentów? Że wkurzają Was, choć zupełnie nie potraficie uzasadnić czemu? No to ja tak mam. Co więcej, mam tak także z pewnymi płytami.
„Buhloone Mindstate”, pomimo iż jest niewiele osób na świecie, które stawiają go w jednym rzędzie z dwoma poprzednimi dziełami, wciąż jest obiektywnie rzecz ujmując świetnym rapowym wydawnictwem. Mimo to jest coś w klimacie tego albumu odstręczającego, z którego powodu stawiam to dzieło najniżej w hierarchii wszystkich albumów DLS.
Tym bardziej jest to niezrozumiałe, jako że mówimy o albumie chyba w największym stopniu podszytym funkiem z jednej, a trueschoolowo chillującym brzmieniem z drugiej strony. Może chodzi o szok wynikający z galopującego procesu „normalizacji” De La Soul? Playlista nie kłamie – 15 indeksów. Co jeszcze ciekawsze, wyraźnie zaznaczono „pozycje skitowe” w liczbie czterech. Czyli około 45 minut muzyki o konkretnej formule, nie rozrzedzonej spontaniczną „głupawką”, która wcześniej potrafiła wyprowadzić z równowagi. Niby dobrze, a jednak… nie.
Solą każdej rapowej płyty są featuringi. Q-Tipa tym razem nie zaproszono (ostał się Prince Paul jako bitmejker, ale już po raz ostatni), zamiast niego mamy jednak całą plejadę gości. W „En Focus” i „In The Woods” zespół wspiera mało znana wtedy – a dziś tym bardziej – raperka Shortie No Mass (w tym pierwszym także Dres z Black Sheep). „Stone Age” oparto w głównej mierze na odgłosach paszczą, a wiadomo, że w tamtym okresie nikt nie zaproponowałby ich w bardziej humorystycznym tonie aniżeli Biz Markie. W skitowym „Long Island Wildin” słychać raperów z Japonii… Największy wpływ na płytę mieli jednak jazz funkowi instrumentaliści, głównie skupieni wokół świętej pamięci Jamesa Browna: Fred Wesley, Pee Wee Ellis i Maceo Parker. Oni ubarwiają swoimi partiami „Patti Dookie” (znamienny udział w nim nieodżałowanego Guru) i „I Am I Be”, Maceo jest także głównym i solennym bohaterem w instrumentalnym „I Be Blowin”… Pysznie? No niby tak. A skoro jest tak dobrze, to czemu nie porywa.
Chodzi o ten brak przebojowości? O to, że singlowe „Ego Trippin Pt 2” (kolejna rozprawka nt. „De La Soul a gangsta rap”, tym razem jednak w o wiele zabawniejszym tonie niż na poprzednim albumie) i oparty na samplu z Jacko „Breakadawn” dzieli od hitów z „3FAR” i „DLSID” przynajmniej jedna półka? Ale przecież nie o melodie do nucenia w rapie chodzi.
Jak widzicie, nie wiem z czym mam problem. Ale mam i nie potrafię tego ukryć.
najlepszy moment: PATTI DOOKE (feat. Guru, Maceo Parker, Fred Wesley & Pee Wee Ellis)
ocena: 7,5/10
