David Lynch – Crazy Clown Time
wydawca: Sunday Best
Był taki krótki okres na początku obecnej dekady, kiedy Davida Lyncha się Słuchało, nie Oglądało. I, co ciekawe, robiła to niemała liczba osób, pozwalając jego twórczości zaistnieć na chartsach. Dziś będzie o pierwszym z dwóch albumów wydanych w tamtym czasie.
Zawartość „Crazy Clown Town” została przez samego autora określona jako „współczesny blues” i trzeba przyznać, że trudno o trafniejszą diagnozę. Jestem w stanie wyobrazić sobie takie utwory jak „So Glad” czy „I Know” w odrobinę bardziej retro aranżu, które świecą w repertuarze może nie twórców z Delty Mississippi, ale ich mniej lub bardziej pośrednich kontynuatorów. A taki instrumentalny „The Night Bell With Lightning” nawet nie muszę sobie wyobrażać, bo to praktycznie gotowy blues rock. Do tego bluesowego vibe’u dokładają swoją cegiełkę teksty – choć przeszyte Lynchowskim absurdem, to wciąż są to tzw. „życiówki”, gdzie główną rolę odgrywają smutek, złamane serce i rozczarowanie. Śmieszne, bo „Football Game” nie tylko muzycznie kojarzy się z „Widziałem Cię z Innym Chłopcem” Tymon & Transistors, ale sam tekst jest niemal o tym samym temacie. Czy ktoś podrzucił autorowi „Blue Velvet” twórczość Tymańskiego podczas jego pobytów w Łodzi?
Ale wracając do meritum – blues to jedno oblicze albumu, ale nie jedyne. Bo jeśli chodzi o „Stone’s Gone Up” czy „Good Day Today”, z o wiele wyraźniejszymi bitami i – zwłaszcza ten drugi, zresztą singlowy – wyraźniejszymi melodiami, to tutaj moja wyobraźnia podpowiada repertuar electropopowców pokroju Crystal Castles, chociaż gdyby Pet Shop Boys wzięli się za bary z tymi utworami, to też mogliby sobie dopisać kolejne hity w dyskografii. Ramy stylistyczne albumu dopełniają track tytułowy czy „Strange and Unproductive Thinking”, które z braku laku określmy mianem „awangardowych”, gdzie Lynch w największym stopniu używa sobie nie tylko kompozytorsko, ale i wokalnie.
No właśnie. Album de facto jest kooperacją Lyncha z inżynierem dźwięku Deanem Hurleyem, jego stałego współpracownika odpowiedzialnego m.in. za to jak brzmiał ostatni sezon „Twin Peaks”. Podział ról na tym albumie nie jest wybitnie klarowny, ale generalnie Hurley, poza współkomponowaniem, odpowiada za sekcję rytmiczną, programowanie i syntezatory. Do Lyncha zaś należą gitary oraz wokale. I trzeba od razu sobie powiedzieć to jasno – śpiewanie nie należy do powołań Lyncha. Czego on sam wydaje się świadom, biorąc pod uwagę ile efektów nakłada na ścieżki wokalne, momentami brzmiąc jak zwyczajny robot. Kto raz słyszał wywiad z Lynchem ten wie, że tego głosu się nie zapomina i w kontekście muzyki taka charakterystyczność na pewno stanowi dużą wartość. Ale też nie jest chyba przypadkiem, że największe wrażenie robi otwierający album „Pinky’s Dream”, gdzie za śpiew odpowiada Karen O z Yeah Yeah Yeahs. Tu słychać emocje w najczystszej postaci, które wynoszą podkład muzyczny – jakościowo nie tak bardzo odmienny od pozostałych trzynastu indeksów – na zupełnie inny poziom (dla mnie absolutnie najwyższy, jaki kiedykolwiek Lynch osiągnął w materii muzycznej). Być może pozostawienie wokali Lyncha w surowej postaci skończyłoby się kompromitacją, ale przynajmniej nie byłoby kolejnego argumentu podpierającego tezy oponentów tego albumu, że Lynch znów (bo przecież to samo mówi się o jego filmach) owija w bawełnę i „pałuje się” nad formą, zamiast powiedzieć konkretnie co ma na myśli.
Większość jednak, nawet jeśli nie „pałuje się” nad tym albumem, słusznie zinterpretowała go jako kolejne zaproszenie do niesamowitego świata umysłu Lyncha, tym razem w wersji bez obrazu. I analogowcy powinni raczej położyć go na półce w towarzystwie jego innych filmów aniżeli przy cedekach muzycznych. Co, będąc wciąż Kolekcjonerem, niniejszym czynię.
najlepszy moment: PINKY’S DREAM
ocena: 8/10
