David Lynch – Someone Is In My House
autor: David Lynch
Wiem że rzygacie już tym tematem. ALE na swoje wytłumaczenie mam, że było tu wiele razy o Lynchu-reżyserze, Lynchu-muzyku, Lynchu-autorze. A nie było nigdy o Lynchu-malarzu. A właściwie o Lynchu-całej reszcie.
Wielokrotnie autor „Blue Velvet” utyskiwał na fakt, że kiedy artysta zasłynie w danej dziedzinie, to bardzo trudno zdobyć mu poważanie kiedy zajmie się inną dziedziną sztuki. Co takiego człowieka renesansu jak Lynch musi boleć szczególnie. I chociaż owszem, nawet mi jako die-hard fanowi trudno podejść do jego albumów muzycznych bez pewnego przymrużenia oka (być może dlatego, że w tej dziedzinie jeszcze nic wybitnego nie osiągnął i chyba już nie osiągnie), tak w przypadku malarstwa sprawa ma się zupełnie inaczej. Bo przecież to właśnie od malarstwa wszystko się zaczęło, całe jego wymarzone „art life”, jako malarza w pierwszej kolejności sam siebie postrzega. I nawet oglądając jego filmy widać tam wrażliwość człowieka sfokusowanego na jakości obrazu (chociaż z drugiej strony sporo w jego obrazach wrażliwości filmowca, ale o tym za moment), człowieka dla którego film jest przede wszystkim „ruchomym obrazem”. Tym samym ktoś, kto chce wgłębić się w świat Lyncha (albo chociaż dowiedzieć się „o co chodzi z tym człowiekiem”) nie powinien traktować jego działalności w sztukach wizualnych jako ciekawostkę spoza kanonu, a jako obowiązkowy fundament. A omawianą tu książkę jako pozycję obowiązkową.
Wszak mówimy o dziele, które powstałe przy okazji zeszłorocznej wystawy dzieł Lyncha w Holandii (ponoć jedna z największych, jakie poświęcono temu Artyście) w zamierzeniu miało zebrać w formie książkowej wszystkie jego wizualne dzieła. Czyli nie tylko obrazy, ale też litografię, komiksy, rysunki, fotografie, meble. Pierwsza część książki to cztery artykuły poświęcone temu aspektowi działalności Lyncha (wśród autorów m.in. autorka zeszłorocznej biografii „Room To Dream” Kristine McKenna), z ciekawymi spostrzeżeniami.
I chociaż jako mimo wszystko laik w temacie malarstwa i reszty dziedzin których zebrane tu dzieła dotyczą nie chcę popisywać się wnikliwymi analizami i porównaniami, to nie trzeba być ekspertem by dostrzec jak wiele łączy zebrane tu dzieła z tym, co widzieliśmy w „Blue Velvet” czy nawet „Twin Peaks”. Po pierwsze i co najbardziej rzucające się w oczy – to wciąż mroczne, często przerażające, czasem brutalne wytwory wyobraźni, paradoksalnie autorstwa być może jednego z najbardziej pogodnych ludzi jakich gościła ta planeta. Gdzieś tam się pojawia czarny humor, ale tylko jako dodatek.
Po drugie – podobnie jak w większości filmów DL, cały ten wspomniany mrok skupia się na naszych mikro-światach, sąsiedztwach, najczęściej domach (być może najczęściej padającym słowem w tytułach zebranych tu dzieł to „house”) – obszarach które w pierwszej kolejności powinny kojarzyć się ze spokojem, szczęściem, wręcz beztroską. Ale od kiedy zobaczyliśmy słynne już pierwsze kadry „Blue Velvet” wiemy, że takie fasady nie interesują Lyncha.
Po trzecie – pomijając być może meble, to wciąż bardzo „filmowa” twórczość. Tyle że owa „filmowość” nie jest osiągana ruchem, tylko narracją. Dotyczy to zwłaszcza najlepszych w moim mniemaniu dzieł z okresu przełomów dekad 80/90 i 90/00 (nieprzypadkowo także na polu filmowym to najlepsze lata Lyncha). Mnóstwo tu napisów, a nawet dialogów (paradoks, biorąc pod uwagę że mówimy o człowieku który otwarcie hejtuje komunikację werbalną), ale nawet i bez nich nagromadzenie niedopowiedzeń, „napięcia” uruchamia w głowie odbiorcy lawinę możliwych scenariuszy, tego co może się wydarzyć po uchwyconej na obrazie migawce chwili. To nie jest impresjonizm, który w całości wyczerpuje temat tym co zawarte na płótnie – zresztą dosyć często poza „domem” w tytułach przewija się imię Bob (nie kojarzyłbym jednak z TYM BOBem), więc przypuszczalnie sam Lynch jest świadom percepcji swych dzieł i wychodzi jej naprzeciw.
Jak wspomniałem, jest to dość kompletny zbiór twórczości Lyncha i poniższa ocena dotyczy przede wszystkim owej kompletności.
najlepszy moment: –
ocena: 10/10
