David Bowie – Outside
rok wydania: 1995 (reedycja: 2003)
wydawca: ISO
Dlaczego warto pytać Davida?
BOWIE
I tą sucharową przemową wprowadzamy kolejna wybitną postać do naszego blogowego panteonu gwiazd Muzyki.
To nie jest tak, że to Bowie odkrył, że artyści parający się muzyką nie muszą tkwić w jednym gatunku i mogą eksperymentować, poszukując nowych bodźców i inspiracji – także w innych dziedzinach sztuki. Ale nie ma właściwie drugiego takiego songwritera-performera, którego artystyczne poszukiwania zaprowadziłyby na tyle różnych (czasem w skrajnym stopniu) terenów, który przywdziałby tyle szat. Muzyczny kameleon – to określenie pasuje do Bowiego jak do żadnej innej postaci popkultury. I nie chodzi tylko o wykreowane postaci pokroju Ziggiego Stardusta czy Thin Wide Duke’a, swoją drogą będącymi do dziś niedoścignionym wzorem na to, jak tworzyć sceniczne alter-ego. Przede wszystkim – do tego trzeba legitymować się jeszcze talentem aktorskim. Ok, może Bowie nie zagrał nigdy w jakimś filmie jednogłośnie określanym mianem wybitnego, ale mnogość ról predysponuje go do tego, by określać go także mianem aktora. Dodajmy do tego jeszcze aktywne zainteresowanie teatrem, malarstwem, literaturą, by podsumować wątek krótkim werdyktem: Artysta Kompletny. Aha, no i zawitał także do świata Twin Peaks. Na krótką chwilę, fakt, ale wystarczyło, by zgarnąć ode mnie wieczyste propsy.
Oczywiście nie jest tak, że przez te 40 lat David nagrywał wyłącznie wielkie dzieła. Jak w przypadku niemal każdej wielkiej gwiazdy muzyki lat 60tych i 70tych, ejtisowa dekada przyniosła artystyczną posuchę w życiu Davida (choć pod względem komercyjnym powodów do narzekania nie miał). Patrząc jednak na współczesny krajobraz świata fanów muzyki trudno nie dostrzec, że spora część jego obywateli nie zauważyła, że Bowie nie skończył się na „Let’s Dance” (tak na marginesie – jako dzieciak strasznie nie lubiłem tego kawałka, wręcz się go hmm bałem) i w ostatnich lata minionego tysiąclecia zaliczył całkiem kapitalny comeback. Nie da się ukryć – nie bez pomocy popularniejszej młodzieży. Najpierw Kurt Cobain pożegnał się ze światem unplugged wykonaniem „The Man Who Sold The World” (przez co do dziś spora część młodych fanów dziękuje Bowiemu za to, że coverując ten utwór na koncertach oddaje piękny hołd zmarłej ikonie grunge). Potem przyszła znajomość z Reznorem, która miała właściwie bezpośredni wpływ na twórczość Bowiego. A konkretnie na album „Outside”.
Bo choć w studiu stawili się stali współpracownicy Bowiego, jak genialny gitarzysta Reeves Gabrels, Carlos Alomar czy przede wszystkim Brian Eno (z którym Bowie nie muzykował od czasu słynnej Berlińskiej Trylogii), to trudno słuchając tej płyty nie odnieść wrażenia, że najsilniej swą obecność zaznaczył na niej właśnie lider Nine Inch Nails. Najwyraźniejszy przykład – singlowy „Hallo Spaceboy”, w przypadku którego Bowie otwarcie przyznaje się do inspiracji legendą industrial rocka. Cóż, stosunkowo niedawno przekonałem się do „Gwoździ” i dziś zaliczam się do ich sympatyków. Ale to nie znaczy, że inkorporowanie ich soundu przez Bowiego uznaję z miejsca za super pomysł. A jednak wyszło pysznie, potwierdzając, że dobry songwriting obroni się nawet w viking metalowym otoczeniu.
Tak jaskrawych przykładów inspiracji NINami więcej na „Outside” nie ma. Chociaż… czy Reznor nie mógłby się podpisać pod takimi kawałkami jak „The Hearts Filthy Lessons”, „No Control” czy spokojniejszym „Wishful Beginnings”? No w sumie mógłby. Ale też nie zagalopowujmy się za bardzo – nazwisko Bowiego na okładce płyty jest jak najbardziej uzasadnione. I choć potwierdził, że i w tego typu elektronice się odnajduje, to jednak nie pozwolił jej się totalnie zdominować, umieszczając na płycie też i bardziej klasyczne, charakterystyczne dla siebie dźwięki. „We Prick You”, pozbawiony junglowego beatu, byłby całkiem przyjemnym przebojaskiem z funkujacym bassem. „I Have Not Been To Oxford Town” aż tak daleko nie leży np od takiego „Fame”. A już „Strangers When We Meet” to rzecz z zupełnie innej bajki. Napisany jeszcze w ’93 roku, choć słuchając samej piosenki można odnieść wrażenie, że powstał jeszcze wcześniej, tego samego wieczora co „Heroes”…
Dopełniając obrazu trzeba wspomnieć zarówno o cudnym „I’m Deranged” (wykorzystanym w „Zagubionej Autostradzie” Lyncha, za którego soundtrack odpowiadał… Trent Reznor), jak i łyżce dziegciu w postaci totalnie przegadanych przerywników. Choć niestety ich obecność trzeba zaakceptować – album został pomyślany jako koncept, którego głównym bohaterem jest Nathan Adler, detektyw zajmujący się morderstwami popełnianymi w ramach sztuki. Stąd też całkiem ciekawy tekst w książeczce. Ale już towarzysząca mu grafika… No cóż, w tamtych latach pewnie taki cyberpunkowy klimat robił wrażenie. Ale dziś wygląda równie nowocześnie, co te wszystkie „wypasione” gry robione pod Windowsa 95/98, których dziś na szczęście nawet nie da się już odpalić.
najlepszy moment: HALLO SPACEBOY
ocena: 8,5/10