Deftones – Around The Fur
rok wydania: 1997
wydawca: Maverick
Powrót do polskiej szarej rzeczywistości przebiega w błyskawicznym tempie – wracając z pracy do domu zmarzłem jak, za przeproszeniem, sam skurwysyn. Jesień, kurwa mać.
Taki szok termiczny powoduję chęć posłuchania czegoś bardziej wściekłego niż Cohena, którego zazwyczaj wałkuję o tej porze roku. Kogóż my tu dawno nie mieliśmy… O, Deftones!
3 lata temu pisaliśmy o debiutanckim „Adrenaline”, tym razem zajmiemy się wydanym dwa lata później dziele. W przypadku zespołów wiedzących, co chcą grać, drugie albumy raczej niewiele mają wspólnego z rewolucją. I nie inaczej jest w przypadku „ATF”. Najobiektywniej rzecz ujmując – to udoskonalona wersja poprzednika. Lepiej wyprodukowana (ponownie Terry Date, ale tym razem dłuższy pobyt w studiu nagraniowym), bogatsza aranżacyjnie (duża w tym zasługa Franka Delgado, tutaj udzielającego się jeszcze jako gość zespołu), w warstwie wykonawczej też słuchać progres. Chciałoby się dodać do tego łańcuszka jeszcze aspekt kompozytorski, ale…
Mam z tym albumem problem. Będąc prawdopodobnie najcięższym albumem w dyskografii zespołu, zawiera sporo elementów które nazwałbym hardcore’owym strzałem w pysk, gdybym był fanem oklepanych frazesów. I spoko, gdyby nie to, że na późniejszych albumach pokazali, że takie petardy wcale nie muszą stać w opozycji do melodii. A niestety takie numery jak „Rickets” czy „Lotion” z chwytliwością mają zdecydowanie nie po drodze. I przy okazji stanowią młyn na wodę hejterów Deftones (paru takich znam), którzy uważają, że chłopaki z Sacramento i spółka grają ten sam numer. A właściwie to dwa – jedną, w wolnym tempie i z przeciągającym się śpiewem Moreno i drugą, w której raczej toporny riff ożeniony jest z krzykami i niezrozumiałymi bulgotami wokalnymi.
W taki dzień jak dziś takie granie odpowiada mi jak najbardziej, doskonale współgra ze stanem umysłu i typowym dla słuchaczy numetalu wkurwem na cały ten dorosły świat. Ale nawet w takich okolicznościach trudno nie dostrzec, że prawdziwie świetne momenty są tu tylko trzy. Z czego dwa singlowe. Po kolei – „My Own Summer (Shove It)” z kapitalnym transowym riffem i budującym całą dynamikę utworu wokalem Chino. Ile się przegibało w Orbitalach i Parlamentach przy tym tracku, tego nikt nie zliczy. Kolejny singiel „Be Quiet And Drive (Far Away)” to już bardziej melanchilijna odsłona Deftones, doskonały wyznacznik kierunku, jaki obiorą w przyszłości na chociażby „Deftones”. No i „Head Up”. Najwścieklejszy z wszystkich zebranych tu wściekłych kawałków. Moreno, który na równi z czystym śpiewem upodobał sobie na tym albumie rozmaite wokalne brudy, mające zarówno coś z Korna, jak i NIN, tutaj już zupełnie olewa temat bycia komunikatywnym. No i Max Cavalera, na gitarze i w refrenie, wyśpiewujący słowa które złożą się na nazwę zespołu, który stworzy parę lat później. W bólu rodzą się największe dzieła (suchar #2) i to kolejny tego dowód, jako że track poświęcony jest zmarłemu pasierowi Maxa, a zarazem przyjacielowi Moreno. Tą samą tematykę będą panowie poruszać na kolejnych wspólnych trackach z albumów Soulfly…
I bądź tu mądry – niby jest lepiej, bo w drodze do „White Pony”. A jednak mam wrażenie, że obudzony w środku nocy więcej zanuciłym kawałków z „Adrenaline”. Nie wiem, nie wiem!
najlepszy moment: HEADUP (FEAT. MAX CAVALERA)
ocena: 7,5/10