rageman.pl
Muzyka

Danny Brown – XXX

XXX_Danny_Brownrok wydania: 2011

wydawca: DIY

pobierz album

 

Powiem Wam szczerze, moi drodzy, że generalnie to ja chyba jednak gardzę zjawiskiem zwanym Swag. Z racji uprawianego zawodu staram się na bieżąco śledzić wszelkie social media nowinki i kiedy dziś odkryłem aplikację SWAAG.IT (niestety na razie tylko na apple’owych urządzeniach) – wymiękłem. Może to z zazdrości, bo nigdy nie miałem specjalnego gustu w doborze odzienia, ale zdarza mi się w chwilach większego rozmarzenia strzelać do swagerów, hipsterów i tym podobnych kosmitów. Nie ma na to większego usprawiedliwienia, zatem tak – jestem swagofobem i hipsterofobem.

Co innego natomiast aspekt muzyczny zjawiska, bo taki jest tu dość ważny. Z całym mym uwielbieniem dla truskulu i chamideł z amerykańskiego Południa, to wykonawcy pokroju ASAP Rocky’ego i ekipy Odd Future pchają gatunek do przodu. Mam nadzieję, że wkrótce jednym tchem obok tych jegomości wymieniać się będzie Danny’ego Browna. Nie rozumiem, czemu w Polsce zupełnie się pomija tego osobnika, także we wtajemniczonych kręgach. Przecież „XXX” to totalny mindfuck.

Najogólniej rzecz ujmując – alternatywny hip hop. Z przewagą alternatywy, tak przeważającej jak Goliat w konfrontacji z Dawidem. I tylko w teorii wygrywa hip hop, bo owszem – podstawowe wyznaczniki tej muzyki w postaci bitowego kręgosłupa kompozycji i rapowej nawijki są tu obecne. Stylówa Browna z wysokim, „nahelowanym” głosem może kojarzyć się z Eminemem (choć trzeba od razu zaznaczyć, że potrafi nawinąć zupełnie „normalnym” głosem). W połączeniu z podkładami daje to zgoła odmienny efekt, bliższy Daleka czy Naprzykłat. Pierwszy lepszy numer może posłużyć tu za przykład – akurat Winamp podsunął mi „Scrap Or Die”, z jazgotem klawiszy w intrze i ściółką, którą prędzej usłyszycie na Audioriverze niż Hip Hop Kempie. Utwór trwa jak na to wydawnictwo wyjątkowo długo, bo aż cztery minuty, jednak podobnie jak cała reszta jest to kompozycja w stanie najsurowszym, pełnym pogardy dla schematów z refrenami i tym podobnymi bzdetami.

W wypowiedzi dla Pitchforka Brown wyjawił, że w trakcie tworzenia tego albumu najwięcej słuchał Joy Division. Być może to siła autosugestii, ale da się tu wyczuć znaną z płyt Anglików apatię, desperację, rezygnację. I nawet jeśli Brown potrafi przemycić tu humor (raczej sarkastyczny), to zaraz równoważy go dojmującym smutkiem, jak w „DNA”, której partia trąbki ma w sobie coś tak dobijającego, że aż oczy mi się pocą.

Na tle mainstreamowego rapu jest to ewenement, nie jestem zaś pewien czy także w kontekście undergroundu. Jedno jest pewne – słychać tu cały arsenał argumentów za tym, by dać tej płycie szansę stu odsłuchów pozwalających docenić w pełni jej piękno.

 

najlepszy moment: DNA

ocena: 8/10

Leave a Reply