rageman.pl
Film

Człowiek słoń

rok: 1980

reżyseria: David Lynch

Wracamy do filmów. Nie ukrywam, że głównym powodem uczestnictwa w Timeless Film Festival była retrospektywa filmów Davida Lyncha. Część z nich miałem możliwość już wcześniej obejrzeć na dużym ekranie, ale w tym momencie mogę powiedzieć że widziałem już wszystkie. I oczywiście wszystkie będą tu omówione.

Zacznijmy od filmu, który w mojej opinii jest najbardziej niedocenionym filmem zmarłego w styczniu reżysera. Co w kontekście tego, że jest to jednocześnie film który zebrał więcej nominacji do Oscara niż cała jego pozostała twórczość, zakrawa na niemały paradoks. Ale przeprowadźcie eksperyment i zapytajcie wśród znajomych kinomanów (także Lynchofili) o Lynchowskie Top3, może nawet Top5 – i zobaczcie ile razy będzie wymieniony „Człowiek słoń”.

O okolicznościach powstania tego filmu możliwe że słyszał każdy ze wspomnianych kinomanów – główną rolę odegrał w nim człowiek, którego nazwiska zupełnie nie spodziewalibyśmy się zobaczyć w uniwersum Lyncha. Mel Brooks. Człowiek-komedia, ekspert od parodii. Ale to właśnie on, po obejrzeniu „Głowy do wycierania”, zachwycił się wciąż stawiającym pierwsze kroki mistrzem surrealizmu na tyle, by powierzyć mu ekranizację prawdziwej historii żyjącego w wiktroriańskiej Angli Josepha Merricka, który ze względu na rzadką i nieuleczalną chorobę straszliwie deformującą jego ciało nazwany został Człowiekiem Słoniem.

Choć w obiegowej opinii to „Prosta Historia” piastuje miano najbardziej nietypowego filmu Lyncha, to „Człowiek” niewiele mu w tej kwestii ustępuje, z kilku przynajmniej powodów. Zaczynając od obsady – można rzec, że dopiero na wysokości trzeciej w kolejności „Diuny” Lynch otoczył się wianuszkiem aktorów z którymi regularnie współpracował. Tutaj, poza Freddiem Jonesem, mamy aktorów którzy już nigdy później nie mieli okazji pojawić się w Lynch-wersum. A mówimy o topowych aktorach jak Anthony Hopkins (legenda głosi że na planie niespecjalnie dogadywał się z późniejszym twórcą „Twin Peaks”), Anne Bancroft czy przede wszystkim o grającym tytułową rolę Johnie Hurcie, którego Lynch nazwał najlepszym aktorem w historii – co potwierdził m.in. tym filmem, ale o tym za chwilę. Warto też odnotować, że na etapie tworzenia „Człowieka” panowie Lynch i Angelo Badalamenti jeszcze się nie znali, więc za ścieżkę dźwiękową – skądinąd przepiękną – odpowiada John Morris.

Przede wszystkim nietypowa dla Lyncha jest sama forma filmu, a właściwie emocje które wywołuje. Owszem, są „momenty” – industrialne kadry w czerni i bieli można przecież uznać za pozostałości po debiutanckim filmie, a pewne ujęcia na pograniczy jawy i snu to już przecież trademarkowy Lynch. A mimo to nie ma tu wielopiętrowości znaczeń, groteski przecinającej się z humorem czy też scen typu zamiatanie podłogi przez kwadrans. Jest Zło, nad którym tak później będzie lubił się DL pochylać – ale choć okrutne, to wciąż bardzo przyziemne, nie demoniczne jak BOB czy psychopatyczne jak Frank Booth. Reasumując – „Człowieka słonia” można oglądać całą rodziną.

I nie ma w tej sentencji cienia przesady. Ba, wręcz uważam że w idealnym świecie to powinna być lektura obowiązkowa. Lekcja człowieczeństwa. Traktat o godności ludzkiej. Tym bardziej dziś, kiedy coraz częściej oceniamy ludzi po okładce, a coraz mniej nas obchodzą ich wnętrza. Oczywiście gwoli sprawiedliwości trzeba nadmienić, że trochę historia Merricka została „podkręcona” na potrzeby filmu – ani aż tak pięknie się nie wypowiadał ani też nie stworzył tak od podstaw papierowego modelu kościoła. Ale tak jak później Lynch nie przywiązywał się do logiki w fabułach jego filmu, tak i tutaj nie miał na celu stworzenia w pełni wiernej faktom biografii filmowej. I chwała mu za to. Przede wszystkim jednak to, dlaczego „Człowiek” wywołuje tak silne emocje, jest kreacja Johna Hurta. Zwykło się mówić, że najkrótsza dla aktora droga do Oscara to deformacja. Jakim więc cudem Hurt nie dostał nagrodę Akademii jest niepojęte. Jego Merrick jest zwyczajnie… piękny. Mówiący z taką gracją, poruszający się tak szlachetnie, z twarzą mowiącą tak wiele, choć całkowicie pokryta charakteryzacją. Dla mnie, nie przesadzając, jedna z najważniejszych i najlepszych kreacji na taśmie filmowej. Moment „I am not an animal. I am a human being” absolutnie rozkłada mnie na łopatki, za każdym razem.

Tak, „Prosta Historia” jest filmem który wyciska ze mnie łzy i zawsze będę go kochał. Ale kiedy chcę filmu Lyncha który sprawi że te łzy polecą ciurkiem – sięgam po „Człowieka słonia”.

najlepszy moment: I AM NOT AN ANIMAL

ocena: 9,5/10

Leave a Reply