rageman.pl
Muzyka

AC/DC

gdzie: PGE Narodowy, Warszawa

kto: AC/DC, The Pretty Reckless

O, a o takim AC/DC nigdy tu nie było!

Ale też nie było, bo… no bo nie będę ściemniał, że od zawsze fanowałem temu zespołowi i w końcu spełniłem swe marzenie widząc ich na żywo. Powiem więcej – o ile uwielbiam klasykę rocka pokroju Led Zeppelin czy Pink Floyd, tak już od Iron Maiden czy właśnie AC/DC starałem się trzymać jak najbardziej z daleka. Jakieś dla mnie to dziaderskie i na jedno kopyto było. I choć do Dziewicy dalej się nie przekonałem, ale już muzyka Australijczyków w końcu we mnie „zatrybiła” – choć paradoksalnie dalej uważam że jest to muzyka dość jednowymiarowa, to say the least. Tyle że po latach słuchania Slayera czy ekstremalnego metalu in general przestałem mierzyć jakość muzyki przez pryzmat jej różnorodności. Innymi słowy – tak, AC/DC gra ciągle to samo, ale tego co oni grają nie gra nikt.

Też nie jest tak, że sam powziąłem projekt przekonywania się do AC/DC. Nie abym został do tego zmuszony, ale faktem jest, że jeśli pracujesz przy jakimś artyście to siłą rzeczy zaczynasz obcować z jego dyskografią. I choć dalej nie oddam życia za żaden album drużyny Angusa Younga, to wizja zobaczenia ich na żywo była na tyle kusząca, że gotów byłem się na nich bujnąć prosto z Open’era w Gdyni.

I powiedzmy sobie od razu – warto było! Chodziły po fejsach plotki, że panowie już zwyczajnie nie domagają. Dość powiedzieć, że z oryginalnego składu pozostał na placu boju wyłącznie wspomniany Angus. Brat i zarazem współzałożyciel zespołu Malcolm zmarł w 2014, a jeśli chodzi o członków najbardziej dla zespołu zasłużonych – Phila Rudda i Cliffa Williamsa – to jakiś czas temu oboje zaprzestali koncertowania (pozostając oficjalnie w składzie zespołu – tu warto wspomnieć że tego drugiego zastępuje Chris Chaney, „rotacyjny” członek Jane’s Addiction). W tym kontekście zakrawa na cud, że do zespołu powrócił Brian Johnson, który też w pewnym momencie zrezygnował ze względu na problemy ze słuchem. Ale być w stanie dać koncert a dać dobry koncert to dwie różne sprawy. Tymczasem panowie, choć wiadomo że dynamika ruchów siłą rzeczy już nie ta co kiedyś, to dowożą to co mają dowieźć bezproblemowo. Zresztą o czym my tu mówimy – po kończącym set właściwy „Let There Be Rock” Angus zapodał być może najdłuższe gitarowe solo jakie słyszałem na koncercie. A chyba właśnie z takich rzeczy (no i w jego przypadku także z „kaczego chodu”, który wciąż uprawia) powinien być rozliczany.

Repertuar? Parafrazując tytuł otwierającego koncert utworu – If You Want Hits (You’ve Got It)! Nie jestem obeznany w koncertowym wydaniu AC/DC, ale przyznam że zaskoczyło mnie tak wczesne odegranie „Thunderstruck” (tu niestety chyba można mówić o rozczarowaniu – wiem że ten utwór ma dość nieprosty do odegrania drive, ale takie spowolnienie zupełnie okaleczyło go z zalet) czy „Highway to Hell”. Z drugiej jednak strony – mając tyle hitów w repertuarze spokojnie mogą sobie pozwolić na takie zagrywki. Oczywiście dominował klasyczny repertuar, co nie znaczy że zapomnieli że w 21 wieku także popełnili kilka albumów – z ostatniego „Power Up”, bądź co bądź promowanego tym koncertem, zabrzmiały „Demon Fire” i „Shot in the Dark”, a z „Black Ice” – „Rock 'n’ Roll Train” („Rock or Bust” pominęli całkowicie). Fajnie było usłyszeć tytułowy ze „Stiff Upper Lip” – choć pochodzi z okresu kiedy byłem pochłonięty nu-metalem, to mile kojarzy mi się z czasami polowania na teledyski w MTV.

Może narzekanie byłoby przesadą, ale nie ukrywam że AC/DC zawsze kojarzył mi się z show i koncertowym gadżeciarstwem na poziomie Rammsteina czy innego U2. Zresztą poprzednie koncerty w Polsce dawały ku temu powód – wystarczy wspomnieć wielką dmuchaną Rosie podczas utworu jej poświęconego na Narodowym w 2015 roku. I tak, 10 lat później także wystąpiła, ale tylko jako wizualizacja na telebimach. Dzwon w „Hells Bells”? Kurczę, raczej dzwoneczek to był… I ja wiem że #digitalizacja i pewnie też cięcie po kosztach, ale jednak trochę szkoda. Tylko armaty w kończącym całość „For Those About to Rock (We Salute You)” obroniły honor, zwłaszcza że poprawione petardami (swoją drogą chyba pierwszy raz takowe widziałem na Narodowym).

Ale wciąż – niech minusy nie przysłaniają nam plusów. Choć panowie jeszcze się nie żegnają, to jeśli rzeczywiście kolejnego koncertu w Polsce miałoby już nie być, to pozostawili po sobie wrażenie o wiele lepsze niż można by przypuszczać. A ja się cieszę, że kolejna legenda odhaczona z bucket listy.

(dla blogerskiego porządku odnotuję występ The Pretty Reckless w roli supportu – niepełny, bo najzwyczajniej pojebałem godziny startu koncertu, ale też nie sądzę by przez początkowe pół godziny działo się więcej niż to co już widziałem. Sympatyczne granie, ale ni cholerę nie jestem w stanie ich sobie wyobrazić w rockowym panteonie).

najlepszy moment: HIGHWAY TO HELL

ocena: 9/10

Leave a Reply