Constantine
reżyseria: Francis Lawrence
Wreszcie udało się do kina wybrać po prawie półrocznej przerwie. Mam nadzieję, że jest to początek Wielkiego Nadrabiania Zaległości Filmowych. Na początek – film o tajemniczym tytule „Constantine”.
Pierwsza scena: Meksyk, jakiś osobnik znajduje artefakt – słynną Włócznię lub coś w ten deseń. Chwilę po tym zostaje potrącony przez samochód. Druga scena: poznajemy tytułowego bohatera, Johna Constantine’a, granego przez Keanu Reevesa. Pojawia się w jakiejś spelunie z misją wypędzenia demona z młodej dziewczyny. Egzorcysta, znaczy się. Jest to tak nakręcone, że wbija w fotel. Jasne, główną robotę robią efekty specjalne, ale są one tak z głową wykorzystane jak, nomen omen, diabli. Jest to zarazem chyba najlepsza scena w filmie. Zatem jak zdążyliśmy już wywnioskować, pan Constantine zajmuje się na co dzień egzorcyzmami. Nie jest jednak żaden ksiądz, jeno zwykły chłopaczyna, co chwila odpalający papierosa (co, jak się okaże, nie jest kwestią bez znaczenia) .
Tu postawmy kropkę Nawet nie dałbym rady spoilerować, bo trzeba przyznać, że scenariusz jest dosyć pogmatwany i efektowny. Ale czy efektywny? W pewnym momencie dla lepszego odbioru musiałem to co widzę traktować jako czystą fantazję. Ale jak genialnie zrobioną! Zachwyca strona wizualna: idealna kolorystyka, świetne ujęcia, aranżacja przestrzeni. No bajka. Sama historia potrafiła wciągnąć na te dwie godziny, chociaż zdarzały się lekkie dłużyzny, a niektóre sceny były zwyczajnie kiczowate i lekko niedorzeczne. Nie popsuło to jednak ogólnego wrażenia. Zresztą jestem fanem takiego miksu mroku i komiksu, jak choćby swego czasu opisany tu „Underworld”. Wampiry, szatany, w to mi graj. Wzmianka o „Underworld” nie jest przypadkowa, bo oba filmy łączy też wykorzystanie muzyki A Perfect Circle. Tutaj tylko przez dosłownie moment, ale zawsze. A konkretnie chodzi o numer z ostatniej płyty, coverowej „eMotive” – „Passive” (który jako jedyny na płycie coverem nie jest). Utwór wpleciono dość sztampowo, jako muzyka w tle futurystycznej imprezy, no ale i tak sympatyczny bonus. Muzycznych smaczków jest tu więcej – bo poza sympatyczną instrumentalną ścieżką dźwiękową mamy też, w roli diabła, przystojniaka z Busha – Gavina Rossdale’a. Trzeba przyznać, że nieźle mu to wyszło nawet, choć gęba trochę już mu się postarzała. A skoro mowa o występach aktorskich – choć Keanu już raczej do końca życia będzie się kojarzył głównie z „Matrixem”, to tutaj też całkiem nieźle wypadł. Może i dlatego, że nie trzeba było tu wiele zagrać, a Keanu uchodzi za raczej średniego aktora. Ale właśnie ten jego minimalizm aktorski tutaj podziałał na korzyść. Brawa należą się także Rachel Weisz za główną rolę kobiecą. I, last but not least, mój ulubieniec – Peter Stormare („Fargo”!!!, „Armageddon”! I jeszcze wiele innych) w roli Lucyfera.
Ogólnie więc polecam. W swojej kategorii film wyśmienity, choć gdyby trochę bardziej się postarać, to mógłby naprawdę wyjść kultowy film kategorii „komiksowy horror”. Ale i tak było warto.
najlepszy moment: LUCYFER JEST COOL!
ocena: 7/10
