Clawfinger

gdzie: Aleja Na Skarpie, Warszawa
kto: Clawfinger, Vienio i Pele
No to mamy jak na razie koncert roku i chyba jedno z najciekawszych tegorocznych doświadczeń w ogóle.
Na miejsce wydarzenia dotarliśmy koło 19.00. Koncert Clawfingera miał być główną atrakcją muzyczną zawodów snowboardowych Red Bull Monsters (czy jakoś tak). Dlatego też po dotarciu na miejsce ukazały nam się imponujących rozmiarów, w pełni ośnieżony stok. Niespecjalnie mnie robią popisy snowboardowców, ale nawet jakbym chciał pooglądać, to było przy takim tłumie ludzi byłoby to niewykonalne – Choć cos tam finalnie udało się dojrzeć dzięki telebimom. Skoro mowa o publice, to można było ją podzielić na trzy grupy. Pierwsza, najliczniejsza, to skejci i hiphopowo wyglądająca młodzież z zajawką na wszelkiego rodzaju sporty ekstremalne. Druga – fani gitarowego grania, określani często mianem tzw. „brudasów”, przybyła ze względu na Clawfingera i nierzadko mająca w dupie aspekt sportowy imprezy. No i jeszcze trzecia grupa, czyli ludzie załapujący się na wszelkie darmowe atrakcje na mieście, wśród których liczną reprezentację miała kultura dresiarska. Widać też było po zachowaniu najmniejsze zaangażowanie w to co się działo na evencie, co mocno psuło odbiór koncertu… na szczęście nie na tyle, by zatrzeć ogólne wrażenie. Podziwiamy więc widoki, słuchając ślicznej angielszczyzny Jacka Kaczynskiego z 4fun TV prowadzącego imprezę. W pewnym momencie pojawia się druga, niezapowiedziana atrakcja muzyczna. Czołowi reprezentanci hiphopowej Warszafki, czyli Vienio i Pele z akompaniamentem DJ Romka. Występ, który trudno uznać za pełnoprawny koncert, bo mógł trwać góra kwadrans. Mix bardziej i mniej znanych numerów z ich twórczości (choć hiciorów Molesty nie było), przy czym połowę występu zajęły rozmowy z publiką. Może nie były to filozoficzne dysputy, ale wioski nie było. Po tym secie nastąpił powrót do zawodów, wyłonienie zwycięzcy (którym okazał się jakiś koleżka z Austrii) i to na co czekałem przez ten cały czas.
CLAWFINGER!!! Scena bez żadnych bajerów, poza logiem Red Bulla z tyłu sceny (o ile można to uznać za bajer). Co jakiś czas efekty dymne i bateria świateł, co też trudno uznać za ekstrawagancję. Liczyła się więc przede wszystkim muzyka. Cóż, można nie lubić takiego crossoveru, przeplatania metalu z hip-hopem i szczyptą elektroniki. Na dodatek nie ma w tym wielu urozmaiceń, przeplatania aranżacjami, klimatami itp. itd. Ale jedno trzeba przyznać – Clawfingera nie można pomylić z nikim innym. A że jest tak już od ponad dziesięciu lat, toteż zarzuty o wskakiwanie do rapmetalowego wagonu zupełnie nie mają racji bytu. Był to po prostu genialny występ zespołu, który coś znaczy dla każdego, kto komu bliskie było takie granie na długo przed powstaniem Limp Bizkit i Linkin Park. I kto wciąż trzyma rękę na pulsie. Bo choć Szwedzi z Clawfingera nigdy nie byli specjalnie popularni, to narobili sobie dodatkowej szkody przerwą po trzeciej płycie (takiej se – przyznam, że i ja odpuściłem sobie wtedy śledzenie ich poczynań), w trakcie której w muzycznym światku nastąpiła spora restrukturyzacja. Po niej już zabrakło miejsca w sercach nowej fali słuchaczy dla nich i ich kolejnych dokonań. Przyznać się, kto słyszał o ostatniej płycie zespołu „Zeros & Heroes”? Ja też nie. Dlatego przypuszczam, ze nie byłem odosobniony w oczekiwaniu głównie starych dokonań. Z drugiej strony dobrze, że prezentowali również to, co stworzyli na dwóch albumach powstałych po comebacku – można było dać tym dziełom kolejną szansę.
I nie brzmiało to najgorzej, jak na koncert plenerowy to po prostu MIAZGA. Koncerty letnie w Gdańsku mogą się schować. Clawfingerowe podkłady muzyczne brzmiały w tych głośnikach jak poezja, którą mógłbym się rajcować jak najdłużej, nawet przy minusowej temperaturze na dworze (dobrze, że ludzie się napocili, dzięki czemu zrobiła się ciut cieplejsza atmosfera). Zespół? Pięciu ludzików, jazda na gitarę, bas, klawisze, perkę i wokal. Oczywistym jest, że jeśli już ktoś miałby się wyróżniać, to będzie to Zakk odpowiedzialny za wokale (choć gitarzysta też ładnie się prezentował, zwłaszcza w scenach headbangingu). Ale tak naprawdę mieliśmy tu do czynienia z Muzyką będącą celem samym w sobie, a nie platformą do lansowania swoich facjat. Może stwierdzenie, że interakcja z publiką odbywała się jak równy z równym byłoby przesada, wszak nie nocowali w przyczepie zapewne. Ale naprawdę mało który zespół tak niewiele się różni od ludzi którzy go słuchają. A przede wszystkim piąteczka za to co najważniejsze było tego wieczoru – piosenki. Było chyba wszystko to co musiało być. „Nigger”, zagrany gdzieś na początku, i „Warfair” – oba z debiutanckiego „Deaf Dumb Blind”. Coś z trzeciej, chyba najbardziej pokręconej płytki zatytułowanej nazwą zespołu – „Two Sides” z orientalnymi wokalami i kończący główny set, największy bodajże hicior „Biggest & The Best”. Te numery musiały być zagrane. Z nowych dokonań na pewno musiał być zagrany „Out to Get Me” z „A Whole Lot of Nothing” i tak też się stało. Niekoniecznie już, ale miło ze były, numery takie jak „Nothing Going On” (również z „AWLON”), „Recipe for Hate”, „Zeros & Heroes”, „Bitch” (z dedykacją dla… psa Zakka), „Money, Power, Glory”. A już koniecznie musiało coś zabrzmieć (ale dlaczego tak mało??) z najlepszego longpleja, czyli „Use Your Brain”. Wybór oczywisty, kończący bisy i cały występ, numer chyba najbardziej wyczekiwany – „Do What I Say”. Najpiękniejszy moment – wszyscy (nawet dresy w końcu się nauczyły śpiewać!) śpiewają słynny refren „when I grow up…”. Pożegnanie z widzami, ci odwdzięczają się godnymi brawami i oklaskami. Piękna sprawa. Piękny koncert.
najlepszy moment: CLAWFINGER – DO WHAT I SAY
ocena: 8/10