rageman.pl
Muzyka

Coma – Zaprzepaszczone Siły Wielkiej Armii Świętych Znaków

rok wydania: 2006

wydawca: Sony BMG

 

ten tytul juz wszedl do mowy potocznej, stajac sie niejako synonimem bełkotu, czegoś maxymalnie bzdurnego. czy slusznie?

nie bede udawal, zreszta w archiwum tego bloga mozna sobie poszukac dowodu. podobala mi sie pierwsza produkcja Comy, „pierwsze wyjscie z mroku”. nawet bardzo. tak bardzo, ze bylem gotow chodzic na kazdy ich koncert, szukac informacji o nich, sluchac, sluchac, sluchac. az nastapil totalny przesyt, graniczacy z twardym rzygiem i dalem sobie spokoj z tym zespolem. z odpowiedniego dystansu moglem zobaczyc, ze jednak nie wszystko idealne takie w tej Comie. zwlaszcza na drugiej plycie.
az tu, po dluzszym czasie, postanowilem juz na spokojnie pochylic sie nad ta plyta. i oto refleksje. polaczone z obalaniem mitow.

coma uchodzi za wtorna muzycznie kapele. nawet tak do bolu. riffy z ratm, tutaj klimat z alice in chains, generalnie popluczyny po latach 90tych, z naciskiem na pierwsza polowe tej dekady. tak, tak dokladnie jest. nie, nie jest bardziej wtorna od tych wszystkich indie-wynalazkow, z polski zwlaszcza. zadna z tych kapel na razie tym bardziej nie „polknie Comy”, jakby to sobie zyczyla moja ulubienica z Przekroju i Machiny, bo Coma ma ta miazdzaca przewage, ze grac potrafi. technicznie malo ktora kapela z szerokiego rockowego poletka polskiego im podskoczy. and that’s the fact. niestety, kompozycyjnie panowie czasem nie domagaja. rozumiem, ze czasem chcieli „przyczadzic”. czemu ejdnak robia to tak bezpomyslowo i bez polotu, jak np w „nie ma joozka”?

muzycznie mimo wszystko jest jednak z Coma wszystko w porzadku. stan zdrowia pacjenta w normie.
to co jednak strasznie boli, zwlaszcza na tej plycie, to teksty. moze i chodzi o impresje, z duza doza szoku. moze. dla mnie mamy do czyenia z nazbyt niebezpiecznym balansowaniem na granicy poezji i nawet nie tyle bełkotu, co groteski najzwyczajniejszej. i niestety czesto ta granica zostaje przekroczona. bez przykladow, kazdy znajdzie swoich faworytow do potwierdzenia tej tezy.

to boli tym bardziej, ze rogucki ma kawal glosu. ale jak tu nie skrzywic sie, jak przy naprawde milym akompaniamencie slyszymy takie kwiatki jak „musiałem tulic brudne ciała suk”. caly wysilek instrumentalistow sie wtedy marnuje. choc z drugiej strony – ma sie wrazenie, jakby swoja gra chcieli wzmocnic przekaz tych tekstow. nie wiem, oni nie zauwazaja, ze cos jest nie tak z tymi lirykami?

ta plyta to glownie dwa, trzy numery. pierwszy, tytulowy. 14 minut. rosnace napiecie az do wybuchowego finalu. niby powtorka z „leszka zukowskiego”, ale jednak zupelnie inny odbior. no i nawet tekst udzie. ba, wydaje sie nawet, ze o cos w nim chodzi. summa sumarum – kapitalny numer. i rownie dobrze ta plyta moglaby sie zaczynac i konczyc na tym nunmerze.

bo potem jest, jak juz wspomnialem, mix belkotliwych tekstow i podklady instrumentalne nie zawsze trzymajace poziom. czadowanie czasem zupelnie wyprane z pomyslow. nie dotyczy to „systemu” – akurat ten numer ma kapitalny drive, zwlaszcza w refrenie. a na koncu plyty mamy cos tak zaskakujacego jak „daleka droga do domu”. totalne przeciwienstwo numeru tytulowego i w ogole tworczosci Comy. numer powstaly na potrzeby promocji, w wyniku kompromisu. jest tu zreszta rowniez na plycie tzw radio edit, dobitnie pokazujacy celowosc tego kawalku. fani Comy obrazeni – ze halo, ze Wilki jakies, wrecz Ira. a dla mnie wreszcie kawalek, w ktorym sie nie staraja byc na sile progresywni i poetyccy. swietny, przyjemny refren, dodajacy energii. wiecej takich kawalkow bez napiny poprosze.

to nie jest zly zespol. to jest dobry zespol. musza tylko wreszcie pojsc po rozum do glowy i zatrudnic jakiegos teksciarza. nie wiem, moze niech siegna po galczynskiego? po stachure? po kogokolwiek, z zyjacych lub martwych?

 

najlepszy moment: DALEKA DROGA DO DOMU

ocena: 3,5/10

Leave a Reply