Amores Perros
reżyseria: Alejandro Gonzalez Inarritu
Wstyd się przyznać, że dopiero dziś obejrzałem ten film. Stare pomorskie porzekadło powiada jednakże, że lepiej późno niż wcale. No więc.
Późno się zabieram do pisania. Więc będzie bardzo skondensowana porcja refleksji, jakie mam potrzebę wyrzucić z siebie po obejrzeniu tego filmu. Niezwykłego filmu. Świetnego filmu.
Scenariusz możemy se darować, rajt? W końcu zakładam, że każdy zna ten film. Każdy znać go powinien. To już klasyka, subiektywnie i obiektywnie.
Więc generalnie chodzi o to, że rzecz dzieje się w Mexico City. W bardzo różnych jego rejonach. Nie geograficznych, a, hm, środowiskowych? Od plebsu do hajlajfu. No ale wiadomo, bozia wszystkich obdziela dramatami po równo. Mamy więc trzy wątki, niejako trzech głównych bohaterów. Modelkę prowadzącą ekskluzywne życie, biednego młodzieniaszka i łachmaniarza. Oczywiście te wątki w pewnym momencie, w pewnej scenie się splatają. Czyli nihil novi, choć mnie zawsze takie konstruowanie fabuły będzie jarać.
W przeciwieństwie do późniejszego filmu pana Alejandra Gonzáleza Iñárritu „Babel”, gdzie motywy splatające wątki były tak przypadkowe, że aż nierealne, „Amores Perros” ani przez chwilę nie trąci sztucznością, filmowością, naciąganiem. Pure life.
Bajeczność formy nie polega więc na konstrukcji, a poetyce obrazu. Ten film wygląda dokładnie tak, jak wyobrażam sobie dwudziestomilionowy Meksyk. Kolorowy, gorący, w nieustającym ruchu. Ale jednocześnie brzydki, głośny, śmierdzący. Z dominacją czerwieni, ale najczęściej tej, jaka emanuje krew. Bo mnóstwo krwi jest w tym filmie. Ludzi, ale przede wszystkim zwierząt.
I tu kolejny zachwyt. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem film, w którym widok krwi, płynącej, lejącej się strumieniem, tryskającej wręcz czasem byłby tak przejmujący. Wróć. Byłby przejmujący w ogóle. W dobie „Pił” i tego typu gówien to coś nietypowego, wręcz niezrozumiałego. Tu epatowanie krwią jest związane z jej właściwościami – jest nieodzownym elementem wielkich tragedii, jakie przeżywają bohaterowie. Można powiedzieć, że film Iñárritu przywraca krwi należne jej miejsce w społeczeństwie.
Więc jest krew, jest ból, jest sporo miłości w tym filmie. I tak jeszcze w trakcie seansu coraz więcej haseł, coraz więcej pojęć przychodziło mi na myśl… Ale brakowało jednej takiej myśli, terminu, pojęcia, które by konsolidowało te wszystkie wrażenia i myśli. I nagle film się kończy i BUM. Jest! Porque también somos lo que hemos perdido. Bo jesteśmy tym, co straciliśmy. Proste. Trafne. Genialne. I nie chodzi o wizualizację wyświechtanych haseł typu „spieszmy się kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą” czy innego „doceniamy wtedy, gdy stracimy”. Inaczej. Może nawet głębiej. To, co straciliśmy, to za czym tęsknimy, decyduje o tym, kim jesteśmy, definiuje nas. Definiuje nas nie tylko to, co straciliśmy, ale też to, jak to straciliśmy. Na własne życzenie czy przez zrządzenie losu. Z premedytacją czy przystawieni do muru. Bez oceniania. Zresztą, sam reżyser wzbrania się przed takimi ruchami. A przynajmniej – nie pozwala, by oceniać swych bohaterów pochopnie. W tym celu wprowadza do scenariusza… psy. W każdym z wątków jest miejsce dla psa. Każdy z głównych bohaterów takowego psa posiada, w jednej lub większej ilości sztuk. W bonusie do DVD reżyser mówi, że stosunek właścicieli do psów w tym filmie jest miernikiem ich wrażliwości, wręcz człowieczeństwa. Żebrak, który przez cały film sprawia niesympatyczne wrażenie, największą dozę dobroci serwuje swoim psom. I to on finalnie okaże się najpozytywniejszym bohaterem filmu. Związek modelki i jej kochanka, który porzucił rodzinę dla niej, zamienia się w piekło po tym, jak zostaje oszpecona w wypadku. To, za czym oni oboje tęsknią, to utracone przez nią nieskazitelne ciało. Próżne to to, niegodne zestawienia z tęsknotą za utraconą córką czy miłością życia? Niby tak. Ale i oni traktują swojego psa wręcz jak własne dziecko. Więc jak ich tu ocenić?
No i jak ocenić kogoś, kto z jednej strony daje psu schronienie i jedzenie, a z drugiej wystawia go na walki psów? Ciężko. Tak jak ciężko ocenić „nie-psie” poczynania tego samego jegomościa.
Rozpisałem się jednak. Pardon. Ale film zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Lubię czystą rozrywkę w kinie. Taką, by tylko wysilić wzrok, bez specjalnego angażowania mózgu. To co jednak jeszcze bardziej lubię, to filmy, które trwale wpływają na wzrok. Które zmieniają spojrzenie na świat, na życie. Dzięki którym człowiek staje się choć minimalnie mądrzejszy. Po prostu, dzięki którym staje się odrobinę innym człowiekiem. To właściwości Sztuki, jej magiczny aspekt. „Amores Perros” w tym kontekście (jak i w każdym innym) jest dziełem Sztuki.
najlepszy moment: LOVE WILL TEAR US APART
ocena: 8,5/10

