Coal Chamber – Chamber Music
rok wydania: 1999
wydawca: Roadrunner
o, tu juz jest zdecydowanie lepiej.
za sprawa drugiej plyty CC okreslalo sie ich mianem gotyckiego odlamu numetalu. brzmi to strasznie, ale w praktyce przynajmniej jest znacznie ciekawiej niz na debiucie. zwlaszcza ze ta cala gotyckowsc polega w przypadku tych trzech panow i jednej pani polegala glownie na okropnie kiczowatej okladce i takim tez nowym imidzu muzykow. wiec da sie przezyc.
otwarcie plyty to rzeczywiscie „chamber music” – minutowy popis przeslicznej wiowiolonczelistki. bardzo ladne, nie powiem. na numetalowy grunt sprowadza nastepny w kolejnosci „Tragedy”. ale co to? gitarzysta rzezbi wreszcie nieglupi riff, bass zszedl do defensywy i dzieki tez ciekawiej tykajacej perkusji mamy wreszcie solidne podloze rytmiczne a nie grajacy jednoczesnie bass i perkusje. jakby tego bylo malo to w tle paletaja sie klawisze i chorki, a pan wokalista w refrenie zapodaje najprawdziwsza linie melodyczna!
dobra, zarty na bok. w stosunku do debiutu to naprawde slychac progres. aranzacje wreszcie nie mecza, jest, ze tak powiem, powietrze w tcyh nagraniach. w koncu da sie w miare odroznic jedna piosenke od drugiej. oczywiscie, wciaz trzymaja sie raczej schematu zwrotka-refren. ale tu zaintryguja jakims klawiszem, gitare puszcza przez fajny efekt, mnostwo tez nakladek wokalnych. muzykanci sie rozwineli instrumentalnie i aranzacyjnie, choc sporo zawdzieczaja tez gosciom – na wezwanie stawili sie m.in. dj lethal, troy leeuwen, takze wokalisci Orgy, Deadsy i Human Waste Project. no i przede wszystkim sam Ozzy, ktory zaspiewal w duecie z Dezem „Shock The Monkey” Petera Gabriela. oczywiscie rzecz dano na singla, co znacznie podciagnelo sprzedaz plyty. ale sklamalbym mowiac, ze nie ma ta wersja uroku. numetalowy przebojasik. dla fanatykow, zyczliwych i czujacych sentyment.
wszystko fajnie, tyle ze te komplementy dotycza raczej rozwojowi CC w skali mikro. bo w skali makro… slabo jest, jak najlepszy numer na plycie to cover. a tak niestety jest i w tym przypadku. choc pare rzeczy da sie wyroznic – wspomniany „Tragedy”, jakostam przejmujacy „Tyler’s song”, „Not Living”, „Feed my dreams”, najbardziej przegiety aranzacyjnie „My Mercy”… generalnie po ostrej selekcji mogloby byc niezle. tyle ze zwazywszy na to, ze zespol celuje w 3minutowki, to summa sumarum wyszlaby conajwyzej EPka z tego. chociaz niby Slayerowe klasyki tez dlugo nie trwaly w sumie…
jakkolwiek srednia by nie byla dyskografia Coal Chamber (finalny „Dark days” nie dalem rady przesluchac w calosci) – i tak wypada ona tryliard razy fajniej niz dowodzony przez Fafare Devildriver. choc ten zapewne twierdzi zgola inaczej.
najlepszy moment: SHOCK THE MONKEY (feat. Ozzy Osbourne)
ocena: 7/10