Chrysta Bell
kto: Chrysta Bell
Wbrew pozorom to będzie kolejny wpis z cyklu TwinPeaksowego.
Bo wprawdzie Chrysta Bell w skali globalnej to artystka wybitnie niszowa, natomiast doskonale znana fanom Lynchowskiego świata. Bo po pierwsze, grała ona (i to dość istotną rolę) w trzecim sezonie Wiadomego Serialu. Po drugie, i co najważniejsze, sporą część muzyki napisał jej reżyser Owego Serialu. Dla mnie to był wystarczający powód aby stawić się w Smolnej.
I chociaż znając muzyczne dokonania Pani Bell wiedziałem, że przesadą byłoby nazywać ją „nową Julee Cruise”, tak mimo wszystko rzeczywiście oczekiwałem koncertu z klimatem z kategorii eteryczno-dreampopowych, rodem ze Wspomnianego Serialu. Tymczasem główna bohaterka postawiła na jednoznacznie rockowe instrumentarium (nawet bez klawiszy!). Efekt? Bliższy „Pink Room” niż Roadhouse, if you know what I mean. Miało to vibe bardzo PJ Harveyowy (co nie musi być przypadkiem, biorąc pod uwagę że ostatniego długograja produkował jej John Parish), momentami nawet stonerową pustynią zapachniało. Dla mnie – w to mi graj.
Natomiast zgodnie z oczekiwaniami wypadła sama Chrysta Bell. W serialu czy nawet na fotach jej poza może być czasem przesadzona (w internetach wyczytałem ciekawą opinię o jej grze aktorskiej – że ma się wrażenie przy każdej jej wypowiedzi, jakby była na skraju orgazmu), ale na żywo rzeczywiście jest to 100% magnetyzmu, w każdym ruchu. Oczywiście w tych okolicznościach nie przystoi zanadto bratać się z publiką – i rzeczywiście przez pierwsze numery nie odezwała się do publiki ani słowem. Widać jednak było, iż mimo mało oszałamiającej frekwencji (swoją drogą szkoda że koncert nie odbył się w samym klubie tylko na przedsionku – przy minimalnym oświetleniu można byłoby wydobyć więcej magii z tego koncertu) reakcja publiki ją szczerze cieszy. W pewnym momencie fasada niedostępności padła i dziewczyna się rozgadała, z kulminacyjnym momentem w postaci „you’re the best fuckin audience on the whole tour”. Wprawdzie warszawski koncert poprzedziło zaledwie kilka występów… ale i tak miło. Trochę liczyłem w związku z tym na prezent w postaci coveru „Falling”, który objawiła w zeszłym roku. Utworu zabrakło, ale w zamian zaskoczyła jeszcze bardziej, grając „Sycamore Trees”. Nie muszę chyba dodawać że był to mój ulubiony moment koncertu?
Być może ze względu na koneksje Twin Peaksowe nie jestem obiektywny, ale uważam że dziewczyna zasługuje na znacznie większą rozpoznawalność niż aktualnie. A&Rzy wszystkich krajów, co jest z Wami?
najlepszy moment: SYCAMORE TREES
ocena: 7,75/10
