Awolnation
kto: Awolnation
Mam w tym roku szczęście do oglądania wykonawców, którzy albo siedzą w szufladce one-hit-wonder, albo mocno się o nią ocierają. I chociaż Awolnation przyjechali do Proximy promować trzeci juz album „Here Come The Runts”, to wiadomo który singiel w ich repertuarze przyciąga najwięcej ludzi na koncerty.
Co nie zmienia faktu że był to całkiem udany, świetnie zagrany koncert. Przyznam że w wersji studyjnej mam problem z tym hiper-eklektyzmem Awolnation, ocierającą się wręcz o muzyczną schizofrenię. Biorąc pod uwagę, że mówimy tu tak naprawdę o projekcie w którym rządzi i dzieli jeden człowiek, trudno było mi się oprzeć wrażeniu, że Aaron Bruno bardzo chciałby być nowy Trentem Reznorem i na pewno ma ku temu talent, natomiast nie za bardzo (jeszcze) wie jak go wykorzystać.
I chociaż nie sądzę by kiedykolwiek Awolnation był w stanie nagrać coś choćby zbliżonego do poziomu „Downward Spiral”, to potrzebne są i takie zespoły – które dostarczają sporo funu i energii. Jak się okazało – zwłaszcza w wersji koncertowej. Nie wiadomo czy zespół nie chce, czy też nie potrafi odegrać tego co na płycie, niemniej w wydaniu live miałem wrażenie znacznego uproszczenia materii dźwiękowej. To raz, dwa że proporcje przesunęły się z elektroniki bardziej w stronę muzyki gitarowej, co paradoksalnie jeszcze bardziej zbliżyło do industrialnego rocka pokroju Nine Inch Nails, a momentami – głównie za sprawą ekspresji Aarona – do, Mój Boże, numetalu.
Koncert jednak zaczęli od tytułowego utworu z nowego albumu, o hardrockowym niemal vibie (od połowy utworu). Całkiem niezły otwieracz koncertu. I chociaż za chwilę wrócili do poprzedniego albumu za sprawą „Hollow Man (Bad Wolf)”, to potem wrócili do najświeższego wydawnictwa na dłużej. I dobrze, bo to utwory świadczące o formie zwyżkowej, zwłaszcza „Passion” (petarda!) czy „Jealous Buffon”. Co nie zmienia faktu, że koncert trzymały w ryzach przede wszystkim hity z „Megalitic Symphony”, jak „Not Your Fault”, „Kill Your Heroes” czy zagrane na bis „Burn It Down”… no i, niespodzianka, „Sail”, wydłużony do gigantycznych, psychodelicznych rozmiarów.
Nie wiem jak było na poprzednich koncertach Awolnation w Polsce, ale tym razem Aaron nie okazał się specjalnym gadułą. Raczej kurtuazyjny minimal w kontakcie z publika – co innego samo zachowanie sceniczne. I publika, nawet jeśli niespecjalnie liczna (chociaż na możliwości Proximy stykało), odwdzięczała się tym samym. Energią. Tak, to słowo najlepiej opisuje ten koncert.
najlepszy moment: wybór „Sail” byłby zbyt oczywisty, dorzucę więc jeszcze „Passion” i „Not Your Fault”
ocena: 7,5/10
